7/25/2018

KSIĄŻĘ HARRY

KSIĄŻĘ HARRY




Czas leci tak szybko, że zanim zdążyłam się obejrzeć, minął KWARTAŁ odkąd do naszej wesołej trójeczki dołączył Książę Harry. KWARTAŁ, uwierzycie?! Ja wciąż przecieram oczy ze zdumienia i spieszę z krótką opowieścią o tym tygrysim cudaku. A zatem gotowi? Poznajcie Harry’ego!


PREZENT OD LOSU

Pojawienie się Harry’ego w naszej rodzinie, to całkowite zrządzenie losu, przypadek lub, jak lubię myśleć – po prostu przeznaczenie <3 Nie planowaliśmy drugiego psa. Oczywiście, w głębi duszy marzyłam o kolejnym rozkosznym szczeniaku, śledziłam newsy z różnych hodowli. Ale po pierwsze, nie miałam nawet pewności, czy chciałabym, aby moim drugim psem również był whippet – przyznam szczerze, że trochę marzy mi się duży chart ;) A po drugie i najważniejsze – nie uważałam, aby Wally był gotowy na wejście w rolę starszego brata. Jego emocjonalny, wybuchowy charakter sprawia, że w bardziej wymagających sytuacjach często traci panowanie nad sobą, móżdżek gubi się gdzieś za rogiem, a na pierwszy plan wychodzą czyste emocje. Nie potrafiłby więc służyć wsparciem i dobrym przykładem psiemu dzieciakowi, a i dla niego samego żywiołowy podrostek byłby dużym, niełatwym przeżyciem. Być może kiedyś jeszcze się to zmieni – jednak na razie absolutnie nie mogło być o tym mowy.

Skąd więc nagle wziął się u nas drugi pies? To prawdziwy prezent od losu :)

Zaczęło się od facebookowego ogłoszenia, na które przypadkiem trafiłam pewnej niedzieli. Niespełna 2-letni whippet, z powodu smutnej, bardzo trudnej sytuacji rodzinnej, szukał nowego domu. Dorosły, piękny pies, ogłoszenie z Warszawy – to od razu przykuło moją uwagę. Wystarczyła chwila i okazało się, że…

Rzeczony whippet pochodzi z hodowli Azarin, na świat powołała go więc moja wspaniała koleżanka Laura. W tym momencie jego historia stała się tak bliska mojemu sercu, że nie mogłam myśleć już o niczym innym. Tym bardziej, że jeszcze chwilę później, dowiedziałam się, że…

Pies ma na imię HARRY. I co z tego? Otóż, moi drodzy, przyznaję się bez bicia - jestem totalnie zakręconą fanką książek z serii o Harrym Potterze. Czytałam je wszystkie naprawdę wiele razy, znam tę historię na wyrywki, a nawet posiadam tatuaż z motywem związanym z tą serią. I od dawna już wiedziałam, że mój kolejny pies otrzyma imię któregoś z bohaterów (oczyma wyobraźni widziałam szczeniaczka o imieniu Draco ;) ). I nagle, na mojej drodze pojawia się Harry – no czy to nie jest przeznaczenie? <3

Dalej wydarzenia potoczyły się szybko – P., mimo początkowych obaw, zgodził się, abym skontaktowała się z rodziną psa. Umówiliśmy się na wspólny spacer – Wally i Harry natychmiast się polubili, a Harry skradł nasze serca w ułamku sekundy. Ku naszej radości, rodzina Harry’ego uznała, że będziemy dla niego najlepszym nowym domem i po kolejnym wspólnym spacerze, do domu wróciłam z dwoma chudymi psami.

Pierwsze zdjęcie w nowym domu :)


JAKI JEST HARRY?

Gdyby Harry okazał się psem emocjonalnym i reaktywnym, jak Wally, adoptowanie go nie byłoby dobrym pomysłem – dwa młode psy pod jednym dachem, to i tak spore wyzwanie, a taka emocjonalność, pomnożona dwukrotnie, stanowiłaby mieszankę wybuchową. Harry jest jednak najlepszym uzupełnieniem Wally’ego, jakie mogłabym sobie wymarzyć. To taki Miś o Małym Rozumku – opanowany, pełen pozytywnego spokoju ducha. W nowych sytuacjach bywa trochę niepewny, ale już szuka wsparcia u mnie, co ogromnie mnie wzrusza. Oczywiście, to młody samiec, nie brakuje mu więc energii i chęci do zabawy – razem z Wallym potrafią w ułamku sekundy rozkręcić niezłą imprezę J Lubi ludzi, chociaż nie jest szczególnie wylewny – ma w sobie jednak coś takiego, że roztapia absolutnie wszystkie serca. Pozytywnie i ładnie komunikuje się z innymi psami, potrafi odpuścić, nie jest nachalny, ma w sobie mnóstwo cierpliwości, co miałam okazję sprawdzić już np. w kontaktach z rozbrykanym szczeniakiem.  Z dnia na dzień staje się coraz większym pieszczochem – na początku był trochę onieśmielony, chciał być blisko nas, ale unikał kontaktu fizycznego – teraz sam ładuje się na kolana (a jest naprawdę DUŻYM whippetem, waży 18kg!), inicjuje pieszczoty, a w nocy usiłuje wepchnąć się na nasze poduszki ;)

Jest też dla mnie świetnym nauczycielem i wyzwaniem trenerskim. Podczas gdy Wally zawsze miał w sobie mnóstwo chęci do pracy, od małego uczył się chętnie i szybko, oferując sam z siebie mnóstwo zachowań – Harry jest pod tym względem dużo bardziej „charci”. Praca z nim wymaga większej cierpliwości, bardzo krótkich, entuzjastycznych sesji (bo nudzi się, albo zamyśla i zostaje już w swoim świecie), wielu powtórzeń, a na początku zastanowienia się, czy właściwie on na pewno musi to umieć J Zdecydowanie nie jest to typ, dla którego sama praca stanowi frajdę. Co innego praca nosem! Harry to urodzony tropiciel – świetnie radzi sobie z zabawami węchowymi, a niebawem na pewno spróbujemy te tropienia człowieka – jestem pewna, że to sprawi mu ogromnie dużo radości!

*

I tak to, bez większego planu, bez przygotowań, po prostu idąc za głosem serca – nasze DOGłębne stadko powiększyło się o tego przeuroczego, chudego cudaka. Bądźcie więc gotowi na wiele nowych psich historii! I zaufajcie losowi – nigdy nie wiadomo, jaki scenariusz napisze dla nas życie! :)


fot. Laura Wiercińska <3








5/14/2018

BARF, CZYLI O TYM, JAK POKOCHAŁAM MIĘSO

BARF, CZYLI O TYM, JAK POKOCHAŁAM MIĘSO
fot. Marta Szarecka



Mijają właśnie trzy miesiące odkąd, wraz z Wallym, BARFujemy - pomyślałam więc, że to dobry moment, by podzielić się moimi wrażeniami i doświadczeniami. Temat żywienia psów jest coraz bardziej popularny, coraz więcej osób rozumie jak istotna jest to kwestia. Warto więc dołożyć do dyskusji swoją cegiełkę – kto wie, może pomoże ona komuś, kto przymierza się do zmiany sposobu odżywiania swojego psa? Zatem, gotowi? Zaczynamy!


CO TO WŁAŚCIWIE JEST TEN BARF?

BARF to skrót od angielskiego „Biologically Appropriate Raw Food”, czyli „Biologicznie Odpowiednie Surowe Jedzenie”. Podstawą tej diety jest założenie, że najzdrowszym dla każdego organizmu sposobem odżywiania, jest taki, do którego organizm tej został ewolucyjnie przystosowany przez Matkę Naturę. To chyba zresztą nie powinno nikogo dziwić – w końcu już od ładnych kilku lat panuje moda na świadome, zdrowe odżywianie, korzystanie z naturalnych produktów i rezygnację z wysoko przetworzonego jedzenia (np. słodyczy, słonych przekąsek, napojów gazowanych czy fastfoodów).  Co ciekawe, często, podczas gdy sami w naszym żywieniu staramy się wrócić do natury, zapominamy o tym, do czego ta sama natura przystosowała nasze psy. Pies bowiem jest… drapieżnikiem i mięsożercą. Wskazuje na to jego budowa anatomiczna (m.in. rodzaj i rozstaw zębów w szczęce czy specyficzna budowa żołądka), jak i szereg enzymów i procesów chemicznych, zachodzących w kolejnych etapach trawienia pokarmu, typowych właśnie dla mięsożerców. Oznacza to, że wszystkie najważniejsze składniki odżywcze, dostarczają psu produkty pochodzenia zwierzęcego – mięso, tłuszcz, kości, podroby. I to są właśnie główne elementy posiłków komponowanych zgodnie z założeniami diety BARF. Co więcej, elementy te, podajemy psu na surowo – bo psy doskonale radzą sobie z trawieniem surowych części zwierząt - w końcu to właśnie najbardziej naturalna forma pokarmu, prawda?


DLACZEGO NIE SUCHA KARMA?

Wally do niedawna karmiony był przede wszystkim wysokiej jakości, bezzbożową, suchą karmą. Jednak właściwie od początku miałam problem z namówieniem go do jedzenia. W ciągu 1,5 roku przerobiliśmy mnóstwo różnych smaków, różnych producentów, bezskutecznie szukając czegoś, co Młodemu posmakuje. Jedyną opcją było dosmaczanie chrupek odrobiną mokrej karmy z puszki – a nawet wtedy wielkiego entuzjazmu raczej nie było. Wally jest małym whippetem, drobnym z natury, a brak apetytu dodatkowo to podkreślał - kości mocno mu sterczały (nawet jak na charta! :) ), mięśnie nie chciały przyrastać. A dodatkowo załatwiał się nawet 5-6 razy dziennie, co było dla mnie zauważalnym dowodem na to, że większość pożywienia zamiast wchłaniać się i odżywiać organizm, po prostu przez niego „przelatuje”.


NAJTRUDNIEJ JEST ZACZĄĆ!

O BARFie słyszałam i czytałam właściwie odkąd Wally trafił do naszej rodziny. Bardzo przekonywała mnie koncepcja naturalnego żywienia, które komponujemy sami z różnorodnych mięs. Jednak miałam sporo obaw – czy będę potrafiła samodzielnie komponować posiłki bez szkody dla psiego zdrowia, skąd wezmę mięso dla psa, czy nie przerośnie mnie to finansowo i logistycznie? Czytałam więc książki, spędzałam godziny na BARFnych grupach facebookowych, uczyłam się coraz dłużej i coraz dłużej obserwowałam mojego psa, dla którego codzienne posiłki nie były żadną przyjemnością. I właściwie dobrze go rozumiałam – co to za frajda, dzień w dzień, jeść te same, suche chrupki? W końcu podjęłam decyzję – czas coś zmienić, czas się odważyć! I tak zaczęła się nasza mięsna przygoda :)

Rozpoczęliśmy więc spokojnie, od jednego gatunku surowego, chudego mięsa – w naszym przypadku była to pierś z kurczaka. Z czasem dodawałam kolejne elementy – podroby, kości. Następnie menu rozszerzało się o kolejne rodzaje mięs – wołowinę, indyka, kaczkę, gęś, wieprzowinę… Na końcu pojawiły się suplementy – ponieważ niektórych ważnych składników odżywczych nie jesteśmy w stanie zapewnić psu za pomocą kupowanego w sklepie mięsa, należy dostarczyć je poprzez naturalne suplementy – m.in. jajka, drożdże, algi, olej z łososia. Po około miesiącu dieta Wally’ego była już pełnowartościowa –otrzymywał odpowiednio wyliczoną (w stosunku do masy ciała) dawkę pokarmu, zawierającego, w odpowiednich proporcjach, mięso, kości i podroby oraz podstawowe suplementy – drożdże, olej z łososia, algi morskie oraz czystek. Szybko okazało się, że dawka jest zbyt mała – Wally zaczął bowiem chudnąć. Postanowiłam zwiększyć ją zatem o odrobinę gotowanych warzyw (marchew, pietruszka, seler, czasem burak), które dostaje w ramach kolacji. Ta nieduża dawka węglowodanów sprawiła, że Wally delikatnie się zaokrąglił, a dodatkowo zaspokoiła wieczorne napady głodu. I tak, metodą prób, błędów i obserwacji, udało nam się wypracować idealne proporcje.


NIE MA SIĘ CZEGO BAĆ!

Szybko okazało się, że nie taki ten BARF straszny :) A właściwie – że to całkiem prosta sprawa. Wymaga tylko odrobiny przygotowania i wiedzy. I naprawdę nie ma się czego bać – skoro jesteśmy w stanie żywić samych siebie i swoich najbliższych, na pewno poradzimy sobie również z psem. Najbardziej kluczowa jest OBSERWACJA – przede wszystkim odchodów, bo to one informują nas na bieżąco, czy układ pokarmowy działa bez zarzutu. Dodatkowo warto zwracać uwagę na masę ciała psa (czy jest prawidłowa, czy pies znacząco nie tyje lub nie chudnie) oraz, co bardzo ważne, REGULARNIE ROBIĆ PSU BADANIA. Dzięki temu możemy mieć pewność, że nie zaszkodzimy ukochanemu sierściuchowi, a jeśli rzeczywiście coś robimy nie tak – łatwo i szybko uda nam się to wychwycić i poprawić!

Dla mnie osobiście, nieocenione było też wsparcie ludzko-psich przyjaciół. Pozdrawiamy serdecznie Martę i Szoguna, którzy razem z nami rozpoczęli swoją przygodą z BARFem! Wymienialiśmy się codziennie obserwacjami, świętowaliśmy sukcesy, główkowaliśmy nad rozwiązaniami problemów i podrzucaliśmy sobie informacje o dobrze zaopatrzonych sklepach mięsnych. Nie od dziś wiadomo, że wsparcie innych motywuje najlepiej!


DLACZEGO POKOCHAŁAM BARF?

Po trzech miesiącach od zmiany diety, nie mam żadnych wątpliwości, że była to dla mojego psa najlepsza możliwa decyzja. Nagle, po codziennym smutnym wmuszaniu w siebie każdego posiłku, nie został nawet ślad. Teraz, gdy nadchodzi pora karmienia, Wally tańczy z radości przy lodówce. Widać, że jedzenie zaczęło sprawiać mu frajdę i nic dziwnego – codziennie czeka na niego coś innego, zawsze świeżego i pachnącego. Monotonne chrupanie suchych granulek, zamieniliśmy na żucie, rozrywanie, miażdżenie kości – posiłek jest więc jednocześnie wspaniałą zabawą i ogromną przyjemnością!

Z wątłego niejadka, Wally zmienił się w ładnie zbudowanego charta. Pięknie zaznaczyły się u niego mięśnie, sierść jest miękka i błyszcząca jak nigdy przedtem. Wygląda cudownie, czuje się świetnie, a ja mogę jedynie cieszyć się razem z nim! I oczywiście mieć pewność, że już za chwilę mięsną miłością zarazimy również Harry'ego :)

*

Z całego serca polecam wszystkim zainteresowanie się tematyką naturalnego żywienia Waszych psów. Skorzystają na tym przede wszystkim właśnie psiaki – podając im nieprzetworzony, naturalny pokarm, dajecie im szansę na długie, zdrowie i radosne życie. A przecież, jak wiadomo – przez żołądek do serca! :)

2/28/2018

WALLY - HISTORIA PRAWDZIWA

WALLY - HISTORIA PRAWDZIWA




Od kilku dni jestem „smarkata i pociągająca” – dopadło mnie paskudne przeziębienie. Siedząc pod kocem i popijając gorącą herbatę z cytryną, uznałam, że uraczę Was dziś lekką opowieścią o tym, jak doszło do tego, że w mojej rodzinie pojawił się ON – whippet, zwany Wallym.


Pamiętam, jak zobaczyłam whippety po raz pierwszy – a przynajmniej teraz, po latach myślę, że były to whippety. To było wieki temu, jako mała dziewczynka minęłam je kiedyś, spacerujące gdzieś w mojej okolicy. Zdecydowanie nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, żadnych romantycznych gromów z jasnego nieba – zwróciłam uwagę na to, że są straszliwie chude, łyse, mają podwinięte pod siebie ogony i wytrzeszczone oczy – dla mnie był to wtedy obraz nędzy i rozpaczy, psy wydały mi się przestraszone, zmarznięte i jakieś takie… szczurowate.

Jeśli w moim życiu pojawiał się jakiś pies, właściwie zawsze był to owczarek. Mój dziadek miał dwa owczarki kaukaskie – ogromnie, puchate niedźwiedzie, u wujka mieszkał piękny, długowłosy owczarek niemiecki, u cioci zaś owczarek niemiecki i owczarek szetlandzki. Właśnie ten ostatni robił zawsze na mnie największe wrażenie (chociaż przeszłam również „etap Szarika”, jak chyba każdy początkujący psiarz ;) ) – nieduży, delikatny i subtelny, z piękną, miękką sierścią, w którą tak miło było zanurzyć rękę. I tak w naszym domu, po wielu latach proszenia i przekonywania rodziców, pojawił się w końcu sheltie, Carmel – pies absolutnie wspaniały, mądry, zrównoważony, praktycznie bezproblemowy. Do dziś, patrząc na niego, myślę sobie, że mieliśmy ogromne szczęście – mimo naszej praktycznie zerowej wiedzy o behawiorze, Carmel wyrósł na świetnego psa. To moja pierwsza psia miłość, dziś patrząc na to, jak jego czarny pyszczek siwieje coraz mocniej, czuję zawsze ukłucie w serduszku.

młodziutki Carmelek <3


Wyprowadzka z domu rodzinnego, różne, wynajmowane mieszkania, studenckie życie – na kilka lat opcja posiadania własnego psa stała się nieosiągalna. Jednak zdarzały nam się z P. rozmowy o tym, jakiego psiaka chcielibyśmy mieć w przyszłości. Pomysłów padało wiele, ale koniec końców, ustaliliśmy kilka wspólnych, fizycznych kryteriów:

ŚREDNI ROZMIAR – zdecydowanie nie chcieliśmy mieć małego pieska. Duże psy są natomiast mało kompaktowe – wtedy nie mieliśmy jeszcze samochodu, myśleliśmy, że być może pies będzie jeździł z nami autobusem czy pociągiem i nie bardzo wyobrażaliśmy sobie w tej roli doga niemieckiego ;) Osobiście jestem mała i drobna – dlatego zawsze obawiałam się sytuacji, w której mój pies potrzebowałby pomocy, a ja nie byłabym w stanie np. podnieść go i znieść po schodach czy wsadzić do samochodu. Dlatego postawiliśmy na średniaka – 15kg wydało nam się wagą optymalną ;)

KRÓTKA SIERŚĆ – doświadczenie z szetlandem nauczyło mnie jednego: mimo, że długie, miękkie futerko jest piękne i milutkie w dotyku, konieczność regularnego czesania jest dla mnie zmorą. Carmelowi nie raz przytrafiły się kołtuny na uszami, czy totalnie zmierzwione portki – nie wiem, które z nas bardziej nie lubiło czesania, dlatego tę czynność wykonywałam zdecydowanie zbyt rzadko. Nie mówiąc już o tonach piasku i błota przynoszonych po spacerze – po tygodniowym pobycie Carmela w naszym niedużym mieszkaniu w Warszawie, mimo codziennego odkurzania, mieliśmy na podłodze małą Saharę. Uznaliśmy więc, że nasz własny pies będzie krótkowłosy.

WYDŁUŻONY PYSK – przy całej mojej sympatii do buldożków czy mopsów, codzienne życie z psem chrapiącym, charczącym i śliniącym się byłoby dla mnie nieznośne. Poza tym, tak zwyczajnie, po prostu, bardziej podobają mi się głowy z wydłużonym pyszczkiem. Rasy brachycefaliczne odpadły więc w przedbiegach.


A później spotkaliśmy whippeta. Pewna starsza pani, mieszkająca w sąsiedztwie, regularnie mijała nasz blok z chudym psem o łabędziej szyi i długich łapach, od którego biły subtelność i wdzięk. Któregoś dnia udało nam się ją zaczepić – przez godzinę opowiadała nam o chartach angielskich, które w jej domu mieszkały kolejno od kilkudziesięciu lat. Mówiła o ich wesołym, przyjaznym temperamencie, o zamiłowaniu do leniuchowania na miękkich poduszkach, o ogromnej potrzebie bycia blisko swojego człowieka. W moich oczach whippet przestał być zabiedzonym, wiecznie wystraszonym zmarzluchem – zaczęłam doceniać jego niespotykaną budowę, mocną klatkę piersiową, siłę dobrze zarysowanych mięśni sprintera, wrażliwość płynącą z oczu. I tak zaczęła się moja i P. obsesja – godziny rozmów, przekopywania Internetu w poszukiwaniu wszelkich informacji, przesyłanie sobie słodkich zdjęć whippetów i poszukiwanie ich wzrokiem podczas każdego spaceru.

Aż w końcu, po roku od tego pamiętnego spotkania, w odpowiedzi na wypowiedziane przeze mnie  po raz tysięczny zdanie „Ach, jak ja bym chciała mieć whippeta”, P. rzucił: „Na co czekamy? To jest dobry moment”. I pokazał mi ogłoszenie o właśnie urodzonym miocie w hodowli Malgranda Fasko. Kilka telefonów, spotkanie z hodowcą podczas wystawy, odwiedziny w hodowli i już wiedzieliśmy, że ten biały "Reksio", z pięcioma czarnymi łatkami, będzie naszym ukochanym, wymarzonym, pierwszym własnym psem.

Czyż on nie wygląda jak bajkowy Reksio?


I trafiliśmy świetnie. Wally to typowy kanapowiec, maminsynek i przytulas. Najszczęśliwszy jest, kiedy jesteśmy w komplecie, kiedy może być blisko nas, towarzyszy nam więc wszędzie, gdzie to tylko możliwe – czy to harce po bezkresnych łąkach, spotkania z przyjaciółmi, czy posiadówki w kawiarenkach – odwiedzał ze mną nawet mój Uniwersytet! Jest wesoły i kontaktowy. Ma mnóstwo energii, niestraszne mu długie górskie wyprawy, ale równie dobrze czuje się w domu (a najlepiej w ciepłym łóżku). Wbrew stereotypowi, który wiele razy słyszałam, uczy się chętnie i szybko, lubi współpracować – natomiast szybko też się nudzi, o czym zawsze muszę pamiętać. Jest wrażliwy, ale przez to bardzo wyraźnie pokazuje mi kiedy czuje się niepewnie i potrzebuje wsparcia. Wciąż odkrywa przede mną fascynujące aspekty swojej natury i psiego świata. Jest dla mnie dużym wyzwaniem, ale i dumą. I zachwyca swoją urodą – nie tylko nas, zwariowanych psich rodziców, ale i wiele osób z naszego otoczenia, dla których charty do niedawna były zupełną egzotyką.

*

Tak to właśnie było z nami – nasza szczęśliwa dwójeczka, zamieniła się w jeszcze szczęśliwszą, dobrze dopasowaną trójeczkę. A co będzie dalej? To się jeszcze okaże… ;)



moje kochane pieski - Wally i Carmel


12/21/2017

KRÓTKA BAJKA O DWÓCH JAJKACH

KRÓTKA BAJKA O DWÓCH JAJKACH




Oficjalnie, stało się – w połowie listopada wykastrowaliśmy Wally’ego, pozbawiając go raz na zawsze dwu-kulkowego balastu. Zapraszam na krótkie podsumowanie – po co, dlaczego, jak to się stało, jak udało nam się przeżyć okres rekonwalescencji i czy zaszły w naszym życiu jakieś pokastracyjne zmiany.


ALE PO CO?! – WSKAZANIA DO ZABIEGU

Temat kastracji psa jest wciąż kontrowersyjny – wciąż słyszy się głosy mówiące o tym, że kastracja powinna być powszechnym obowiązkiem, związanym z koniecznością ograniczenia rozrodu psów (tu mówi się dużo o bezdomności i przepełnionych schroniskach), zaś z drugiej strony barykady grzmią absolutni przeciwnicy, twierdzący, że kastracja to zabieg nienaturalny, zaburzający gospodarkę hormonalną organizmu. Nie chcę w tym miejscu podejmować na ten temat dyskusji, więc opiszę po prostu, co przemawiało za naszą decyzją.

Po pierwsze i najważniejsze – w naszym przypadku kastracja okazała się obowiązkiem, ze względów medycznych. Wally, mianowicie, był wnętrem – jego jądra w okresie szczenięcym nie zachowały się jak należy, i nie odbyły naturalnej wędrówki z jamy brzusznej do moszny. Zamiast tego ukryły się wygodnie w ciepłym brzuszku i nigdy nie mieliśmy szansy ujrzeć ich na własne oczy. Za to zdecydowanie mogliśmy dostrzec skutki ich działalności, ale o tym za chwilę ;) Wnętrostwo to wada genetyczna, przekazywana z pokolenia na pokolenie – dlatego właśnie wnętry powinny być eliminowane z dalszej hodowli – Wally nie miał więc szans błyszczeć na wystawach, czy zostać ojcem pięknych whippeciątek. Jednak, co najważniejsze, temperatura w jamie brzusznej jest znacznie wyższa, niż w znajdującej się na zewnątrz ciała mosznie, dlatego jądra w takim tropikalnym środowisku, niemalże w 100% przypadków, prędzej czy później, zamieniają się w komórki nowotworowe – i to jest właśnie główny powód, dla którego kastracja wnętrów okazuje się koniecznością.

Mimo, iż wally’askowe jajka ukryte były przed wzrokiem postronnych, dzielnie produkowały testosteron, wspierający trudności związane z wiekiem młodzieńczym i okresem dorastania. Było to widoczne przede wszystkim na spacerach – nawet krótkie wyjścia na tzw. „sikupę” bardzo się wydłużyły, Wally obsesyjnie wwąchiwał się w każde napotkane po drodze siuśki, a towarzyszył temu ślinotok, drżąca szczęka i wzrok zdecydowanie tęskniący za rozumem. Spotkania z suczkami, pełne były nieopanowanych emocji i natrętnego wpychania nosa pod ogon, przy akompaniamencie histerycznego popiskiwania. Absolutny brak kontaktu z rozszalałym mózgiem stał się uciążliwy i trochę przerażający – a przede wszystkim wykańczający dla pogubionego w tym wszystkim psiura. Dlatego właśnie w listopadzie, gdy Wally osiągnął dumny wiek 17 miesięcy, zapisaliśmy się na zabieg w pobliskiej, zaufanej klinice.


KASTRACJA WNĘTRA

Jako, że w przypadku wally’askowego wnętrostwa obustronnego, oba jądra zatrzymały się w połowie swojej drogi, zabieg musiał być poprzedzony badaniem USG – w ten sposób lekarz określił ich dokładną lokalizację, co umożliwiło później precyzyjne i jak najmniejsze nacięcie. W naszym przypadku zabieg był nieco podobny do zabiegu wykonywanego u suczek – należało otworzyć jamę brzuszną i wydostać ukryte tam jajka.

Na operację umówieni byliśmy o 16.30, pies musiał być na czczo. Po odbytej już wcześniej rozmowie z operującym weterynarzem oraz badaniu krwi i serca, które potwierdziły, że Wally jest zdrów jak ryba, zdecydowałam się na narkozę dożylną. Okropnie zestresowana zaprowadziłam Wally’asa do gabinetu, gdzie dostał odpowiednie środki i zasnął na moich rękach. Następnie, nieco roztrzęsiona wróciłam do domu i pozostało już tylko trzymać mocno kciuki. Koło 19.30 odebrałam telefon z kliniki i zostałam poinformowana, że zabieg się udał, a Wally śpi jeszcze snem sprawiedliwego. Po kolejnym telefonie, koło godziny 21.00 pojechaliśmy wraz z P. do kliniki i odebraliśmy naszego psiaczka już wybudzonego – chwiejnie trzymał się na nogach, merdając przy tym szaleńczo ogonem na nasz widok.

Przy okazji okazało się, że kołnierze dostępne w klinice nie sprawdzają się przy dziwacznych charcich wymiarach – mniejszy rozmiar był zbyt krótki dla długaśnego nochala, rozmiar większy natomiast, zbyt szeroki na chudą szyję. Wally został więc ubrany w gustowne żółte wdzianko dla suczek i wrócił z nami do domu.


REKONWALESCENCJA

Najtrudniejsza była oczywiście pierwsza noc po zabiegu – Wally był jeszcze nieco „kopnięty”, trudno było mu zachować równowagę i bardzo chciało mu się pić – na co musieliśmy uważać, bo raptowne picie, przy lekkim odrętwieniu po narkozie może skończyć się wymiotami, a nawet zachłyśnięciem. W środku nocy wybudził się całkowicie i zażądał spaceru. Następnego dnia rano, gdy mógł już spokojnie zjeść, był całkiem zadowolony z życia, podczas gdy ja, po nieprzespanej nocy, wyglądałam i czułam się jak zombie ;)

Przez kolejne dni wychodziliśmy z domu tylko na szybkie siku, Wally dużo spał, ewidentnie się oszczędzał. W ciągu pierwszych dwóch dni, jeździliśmy do kliniki po zastrzyki przeciwbólowe, bo rana dokuczała mu, szczególnie wieczorem. Będąc w domu nosił wdzianko, ale nie interesował się raną jakoś nadmiernie. Po około tygodniu czuł się już tak dobrze, że zaczęła mu doskwierać domowa nuda – powoli wydłużaliśmy więc wyjścia na dwór, a w domu organizowaliśmy spokojne zabawy umysłowe. Jedyną sprawą, która nieco mnie niepokoiła, był fakt, że Wally przez ponad tydzień po operacji bardzo dużo pił, często sygnalizował potrzebę wyjścia na zewnątrz, a nawet zdarzało mu się nie utrzymać moczu w domu – szybko jednak wszystko wróciło do normy i problem już nie powrócił. Po 12 dniach od zabiegu pojechaliśmy na zdjęcie szwów i mogliśmy zapomnieć o całej sprawie.


REZULTATY

Dziś, miesiąc po zabiegu, jestem w stanie zaobserwować pierwsze zmiany w zachowaniu. Wally przestał tak natarczywie wwąchiwać się w każdy centymetr kwadratowy każdego trawnika, zniknęły ślinotoki i drżenie szczęki. Ostatnio, gdy odwiedziliśmy zaprzyjaźnioną ekipę Dobrego Psa, Wally zupełnie niewinnie i wesoło bawił się z Freyą, będącą w drugim dniu cieczki – w ogóle nie zainteresował się specyficznym zapachem, nie pojawił się też znany nam wcześniej nadmiar męskich emocji. Poza tym nic więcej nie uległo zmianie – nadal jest energicznym, wesołym psem, ciekawym świata, typem nieco histerycznym, takim, co najpierw działa, a potem dopiero myśli, co jednak uzasadniam wciąż jeszcze trwającym okresem młodzieńczej głupkowatości i nad czym staramy się mocno pracować – zresztą o naszych wspólnych zmaganiach jeszcze kiedyś na pewno Wam opowiem :) Możemy więc uspokoić wszystkich tych, którzy obawiają się istotnych zmian w osobowości czy spadku energii psa po kastracji – w naszym przypadku nic z tych rzeczy nie wystąpiło.

*


Kastracja to temat rzeka – długi i szeroki, wciąż wywołujący wiele emocji. Nie zamierzam w tym miejscu nikogo usilnie namawiać, jednak nasze doświadczenia związane z zabiegiem są bardzo pozytywne. Przykręcenie testosteronowego kurka, pomaga trochę Wally’emu w niełatwych poszukiwaniach kontaktu z rozumem, wśród zalewających go fal młodzieńczych emocji. I, co najważniejsze, możemy być pewni, że nie grożą mu już paskudne choroby, jakie niesie ze sobą wnętrostwo. A przecież to właśnie zdrowie naszych ukochanych sierściuchów jest najważniejsze, prawda? :) 




10/30/2017

WALKA Z ŻYWIOŁEM

WALKA Z ŻYWIOŁEM


Nie jest mi po drodze z jesienią. Nigdy zbyt dobrze się nie dogadywałyśmy. Okej, wczesna, słoneczna, „złota, polska” jesień, pachnąca jeszcze wspomnieniem lata, ma dużo uroku. Kolorowe liście szurające pod stopami, słońce, które wciąż jeszcze grzeje, a już nie zmienia nas w skwarki… Ale bądźmy szczerzy, ile takich dni udało Wam się naliczyć tej jesieni? Udałoby się złożyć z nich chociaż jeden pełny tydzień?

Lwia część tegorocznych jesiennych miesięcy upływa nam pod znakiem pluchy, szarych, ciężkich chmur i zimnych podmuchów Orkanu  Grzegorza i jego słabszego, ale nie mniej wrednego, wietrznego rodzeństwa. Nie jest do dla mnie łatwy czas, czuję się przygnębiona i wiecznie zmarznięta. Jest jednak ktoś, kto takiej aury nie lubi chyba jeszcze bardziej niż ja. Tak, zgadliście, tym kimś jest mój pies.

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze byłam na etapie poszukiwania psa dla siebie, jednym z głównych kryteriów rasy idealnej, był dla mnie krótki włos. Po doświadczeniach z imponującą, ale wiecznie kołtuniącą się sierścią rodzinnego owczarka szetlandzkiego, wiedziałam, że regularne wyczesywanie psa to czynność, której nie znoszę i której za wszelką cenę chcę uniknąć. Krótki włos whippeta oraz brak podszerstka to dla mnie opcja doskonała –Wally nie wymaga praktycznie żadnej specjalnej pielęgnacji, po kąpieli schnie w tempie błyskawicy i nie wydziela typowego zapachu mokrego psa vel mokrej skarpety. Jednak wszystkie te cechy perfekcyjnego psiego kanapowca, wiążą się również z pewnymi ograniczeniami. Mianowicie, ten rodzaj sierści nie stanowi absolutnie żadnej ochrony przez niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi.

W kwestii tolerowania kaprysów jesieni, Wally jest typowym przedstawicielem swojej rasy. Oczywiście, zdarzają się zapewne chlubne wyjątki, whippety, które równie chętnie i ochoczo spacerują w słońcu, w deszczu, w błocie, z wiatrem i pod wiatr. Jednak większość znanych mi chudzielców zgodnie twierdzi, że jesień nadaje się jedynie do przespania jej na miękkiej kanapie. Najlepiej w towarzystwie miękkiego kocyka i co najmniej dwóch poduszek. Nie bez powodu, drugim imieniem Wally’ego jest „Księciunio”.

Gdy wieje wiatr i zacina deszcz, niewiele pozostaje z charciej gracji, elegancji i entuzjazmu. Wally zamienia się w prawdziwą kupkę nieszczęścia – chudą dupkę podwija pod siebie, cały drży, liche włosy na grzbiecie stają mu dęba. Silniejsze podmuchy wiatru powodują przypadnięcie brzuchem do ziemi na trzęsących się łapkach. Z nieszczęśliwą miną psa okrutnie pokrzywdzonego przez los, idzie w iście ślimaczym tempie, załatwia fizjologiczne sprawy na pierwszym napotkanym trawniku, po czym obraca się na pięcie i z całych sił ciągnie z powrotem do domu. Każda próba skłonienia go do przejścia się choćby chwileczkę, choćby jeszcze kawałeczek, spotyka się z oporem godnym obrońcy większej sprawy, zapieraniem się wszystkimi czterema łapami i błagalnym patrzeniem w oczy.

Typowa jesienna radość życia...


Jak zatem przetrwać te jesienne miesiące? Wally na to pytanie odpowiedział bez cienia ironii: „proponuję zaszyć się w miłym domku na hawajskiej plaży”. Jeśli jednak akurat dziwnym trafem nie dysponujecie takową nieruchomością, nie załamujcie się, jest jeszcze jedna opcja, a jest nią… gustowna kurteczka. Tak, tak, wiem – jeszcze nie tak dawno temu perspektywa ubierania psa we mnie również budziła pełen politowania uśmiech. A dziś? Dziś zacieram rączki i dyskutuję ochoczo z najzdolniejszą Olą Kowal z Bzika (www.bzik-studio.pl) wybierając nowy fason sportowej kurtki, czy materiał na milutką, ciepłą kamizelkę. A później idziemy z Wallym na spacer, dumnie prezentując nowy outfit na sezon jesień/zima, śmiejąc się prosto w twarz jesiennej zawierusze i puszczając oko do zaciekawionych przechodniów. Wraz z rozwiązaniem problemu mokrego futerka i zmarzniętego, łysego brzuszka, znikają psie fochy, wraca dobry nastrój i chęć eksplorowania świata.

*


Jeśli więc i Wasze psy nie przepadają za humorami Pani Jesieni i najchętniej zapadłyby w zimowy sen, warto zastanowić się nad wyposażeniem ich w dodatkową ochronę przed zimnem. Piesek w płaszczyku może i wygląda nieco komicznie, ale za to humoru nie zepsuje mu nawet listopadowa aura. A ta przecież w naszym kraju trwać może nawet do kwietnia. Zatem kurtki na grzbiety, Panie, Panowie i Psy! Życzymy Wam świetnych, jesiennych spacerów!





8/26/2017

MISSION IMPOSSIBLE?, CZYLI O TYM, CZY DA SIĘ "WYBIEGAĆ" WHIPPETA

MISSION IMPOSSIBLE?, CZYLI O TYM, CZY DA SIĘ "WYBIEGAĆ" WHIPPETA
Photo by: Halina Uzdowska


- Ojej, chart, ja to bym na pewno nie dał rady go wybiegać.
- Ale on chyba musi bardzo dużo biegać, prawda?
- To musi Pani mnóstwo czasu z nim biegać!

Kwestia „wybiegania” charta odmieniana jest przez wszystkie przypadki w większości codziennych rozmów, które prowadzę z napotkanymi osobami. A rozmów tych jest dość sporo. Po pierwsze dlatego, że, mimo, iż popularność whippetów ostatnimi czasy bardzo wzrosła, a Warszawa staje się prawdziwym skupiskiem tej rasy, dla przeciętnego Kowalskiego chart wciąż jest psem nieco dziwnym i przykuwającym uwagę. Swym wyglądem odbiega od prototypowego wyobrażenia o psie – ma dziwacznie długie łapy, żyrafią szyję, wywinięty pod siebie ogon. No i oczywiście jest chudy. Po drugie, lubię rozmawiać z ludźmi, a o psach mogę gadać godzinami – chętnie więc odpowiadam na zaciekawione spojrzenia, staram się udzielać odpowiedzi na pytania, obalać mity.

Między innymi mit o tym, jak to opiekun charta ma ciężko, bo przecież „wybieganiu” whippeta podołać może tylko maratończyk. Z mnóstwem wolnego czasu.


Nie lubię słowa „wybieganie”. Mam wrażenie, że dla większości ludzi oznacza ono zabieranie psa na wielogodzinne biegi przy rowerze (niezależnie od fizycznych możliwości psa, jego wieku, czy właściwości terenu), nieskończoną liczbę rzutów piłeczką, którą pies ma przynosić bez końca lub wrzucanie psa w gromadę różnych, niekoniecznie sympatycznych psów, żeby się z nimi „wyszalał”. Generalnie chodzi o to, aby wyczerpane mięśnie odmówiły posłuszeństwa i pies po powrocie do domu padł bez życia. Pies wybiegany, to pies zmęczony, czyli szczęśliwy, czyż nie? Nie do końca. Osobiście staram się raczej męczyć Wally’ego intelektualnie – spacery w nowe miejsca, praca węchowa, ćwiczenie nowych poleceń, spotkania z dobrymi, psimi przyjaciółmi, to mądrzejszy sposób wspólnego spędzania czasu, zapewniający rozwój i naukę zamiast hektolitrów zalewającej mózg i ciało adrenaliny.

Ale, ale, wróćmy do tematu – co z tym bieganiem? Patrząc na whippeta, nie ma się złudzeń – jest on stworzony do pędu. Szczupłe, dobrze umięśnione ciało, głęboka klatka piersiowa, specyficznie zbudowane, długie tylne łapy, o mocnych udach – sylwetka prawdziwego sprintera. No właśnie – SPRINTERA. Czyli biegacza ekstremalnie szybkiego, ale pokonującego krótkie dystanse. I tak właśnie biegają whippety – osiągają zadziwiającą prędkość (nawet ponad 50 km/h!), zapierającą dech w piersiach, ale po kilku przebiegniętych w ten sposób okrążeniach, zatrzymują się, dysząc ciężko i odpoczywają – węszą, eksplorują, rozglądają się, CHODZĄ. Whippet, jak każdy pies potrzebuje ruchu, spacerów w ciekawych miejscach i możliwości poruszania się bez smyczy, samemu nadając swojemu ruchowi tempo, którego akurat potrzebuje. Nie oznacza to jednak wielogodzinnych gonitw po pustych polach. Ba! Nie oznacza to nawet codziennych szalonych sprintów. 2-3 intensywne fizycznie spacery w tygodniu wystarczą, o ile w pozostałe dni zadbamy o stymulację intelektualną.



Mimo, że, obserwując whippeta w pełnym pędzie, widać, że wyścigi z wiatrem to jego absolutna pasja i największa życiowa przyjemność, nie jest to wcale nieposkromiony maniak, który nie zatrzymuje się nigdy. Tak jak KAŻDY pies, potrzebuje on zarówno możliwości swobodnego ruchu, jak i wyzwań dla intelektu. Zapewniając mu wszechstronny rozwój, w domu cieszyć się będziemy typowym Królem Leniuchowania. W końcu, każdy musi kiedyś odpocząć, prawda? :)

Z najlepszą przyjaciółką
Whippet, który CHODZI i WĘSZY?! ;)
Wizyta w kawiarni

Typowy, domowy Wally



7/26/2017

MŁODY - GNIEWNY

MŁODY - GNIEWNY


Drodzy Państwo, stało się. Na nic zdało się zaprzeczanie, wypieranie, dziwienie się, na nic nawet próba obrócenia wszystkiego w żart. Stało się i już. Szczeniaczek zmienił się… w nastolatka.

Przecież dopiero co był takim małym, uroczym dzieckiem! Cieszącym ryjek do świata, do ludzi i psów, przyjaznym i milutkim, przyjmującym z entuzjazmem wszystko, co los miał mu akurat do zaoferowania. Ale niestety, czas nieubłaganie upływa, a wraz z nim psie ciało rośnie, a zawartość mózgu w mózgu jakby maleje.

Okres „nastoletni” rozpoczyna się mniej więcej koło 10. miesiąca życia psa i trwa zwykle trochę ponad rok. O „dorosłym psie” możemy mówić, gdy ten obejdzie swoje drugie urodziny – chociaż oczywiście duże znaczenie mają tu różnice indywidualne czy rasowe – niektóre psy dojrzewają szybciej, inne wolniej.

Okres przemiany z rozkosznego, wesołego, przylepionego do swojego człowieka, szczeniaczka, w doświadczonego, mądrego dorosłego, to chyba najtrudniejszy czas z jakim przychodzi nam się zmierzyć w ciągu tych wszystkich, spędzonych razem lat. Dlaczego? Cóż, pamiętacie samych siebie z tych czasów? A może macie dzieci w tym wieku? Odwołam się do tych Waszych nastoletnich doświadczeń. Przypomnijcie sobie te czasy. Czasy, gdy czuliście się tacy dojrzali, a jednocześnie tak niezrozumiani przez świat dorosłych. Czasy szkolnych miłości do grobowej deski, prawdziwie znienawidzonych, równie nastoletnich wrogów, czasy wielkich kłótni o małe sprawy, trzaskania drzwiami, łez przelanych nad spotykającą tylko Was niesprawiedliwością, radości tak wielkich, że czas stawał przez chwilę w miejscu. Czasy wspominane teraz z uśmiechem, ale wtedy emocjonalne i trudne.
Dla psów to równie niełatwy okres – w końcu tyle razy mówiłam Wam już, że nasze mózgi są do siebie podobne, prawda?


JAK TO WYGLĄDA U NAS?

Niedawno obchodziliśmy pierwsze Wally’askowe urodziny i mam wrażenie, że to był u nas moment przełomowy. Psi móżdżek został starannie zapakowany do pudełka, a pudełko, szczelnie zaklejone kilkoma warstwami taśmy, zagubiło się gdzieś na dnie szafy. Miejmy nadzieję, że cudownie odnajdzie się przy okazji kolejnych urodzin. A na razie zaszczytną rolę zaginionego mózgu przejęły… no cóż, jajka. Testosteron nie jest generalnie najlepszym doradcą. Szczególnie w przypadku młodego psa, który wciąż niewiele o życiu wie, niewiele z tego wszystkiego rozumie, za to został już wyposażony w całkiem dorosłe ciało.

I tak zaczęło się prawdziwe zainteresowanie płcią przeciwną. Dziewczyny to już nie tylko świetni kumple do zabawy – naprawdę interesujące stały się zapachy spod ogona. Spacery, nawet te krótkie, znacznie się wydłużyły – co trzy kroki Młody zatrzymuje się i baaardzo powoli, baaardzo dokładnie wącha. Obserwując go, mogę ze 100% pewnością określić gdzie niedawno siusiała akurat atrakcyjna suczka – z tego miejsca nie sposób go odwołać czy odciągnąć, wącha, lekko się ślini, wylizuje, a na końcu podnosi głowę, patrząc błędnym wzrokiem, z drgającą z emocji szczęką.

W ogóle dużo w nim ostatnio emocji. Emocji silnych, z którymi nie potrafi sobie jeszcze poradzić. Na stawiane przez nas ograniczenia reaguje złością, próbuje przeforsować swoje zdanie patrząc wyzywająco w oczy, szczekając, warcząc. A za chwilę przytula się, łaknie kontaktu, jakby mówił „przepraszam mamo, nie wiem, co we mnie wstąpiło”. Łatwo się ekscytuje, dużo trudniej wycisza. Ludzie nie są już taką atrakcją jak wcześniej – wcześniejszą miłość do każdego przechodnia, zastąpił chłodny dystans do obcych. Pojawiły się też pierwsze konflikty – nieznajome psy, z którymi Wally nie ma ochoty się spotykać, dowiadują się o tym dość dobitnie, poprzez darcie paszczy i irokeza na karku, ustawionego z lichych, whippecich kłaczków.


CO TERAZ, JAK ŻYĆ?

Na pewno nie będzie nam teraz łatwo. Przyjdzie nam zderzyć się z falą emocji, głupoty i głuchoty, buntu i złości. Sytuacje do tej pory zwyczajne, mogą okazać się nagle trudne do przeżycia. Umiejętności, nawet dobrze wyuczone i utrwalone, będą się gdzieś ulatniać, zostawiając w główce pustkę i hulające przeciągi. Nie raz opadną nam ręce i nogi, nie raz będziemy przełykać żal i wstyd, nie raz krew będzie nam wrzała z gniewu i bezsilności…

Cóż nam pozostało? Oddychać głęboko i usilnie starać się ZROZUMIEĆ, jak psu jest ciężko, jak mało jeszcze wie, a jak dużo odczuwa. Odpuścić mu trochę, nie wymagać niewiadomo czego, ale wyznaczać granice, wskazywać dobre zachowania i sowicie nagradzać słuszne decyzje. Unikać sytuacji zbyt trudnych, które niepotrzebnie psa pobudzają, utrwalając złe wzorce. Dawać mu wsparcie i mnóstwo miłości, spędzać razem miłe chwile, uczyć wyciszania się i odpoczynku. I oczywiście spotykać się z dorosłymi, mądrymi psami, które o życiu wiedzą znacznie więcej, a na młodzieńczą głupotę reagują pobłażliwym wzruszeniem ramion i zdecydowanym doprowadzeniem krnąbrnego dzieciaka do porządku.

Trzymajcie za nas kciuki, przed nami bardzo trudny czas!

*


A jakie Wy macie doświadczenia z Młodymi-Gniewnymi?




Copyright © 2016 Blog DOGłębny , Blogger