13:36

WALLY - HISTORIA PRAWDZIWA

WALLY - HISTORIA PRAWDZIWA




Od kilku dni jestem „smarkata i pociągająca” – dopadło mnie paskudne przeziębienie. Siedząc pod kocem i popijając gorącą herbatę z cytryną, uznałam, że uraczę Was dziś lekką opowieścią o tym, jak doszło do tego, że w mojej rodzinie pojawił się ON – whippet, zwany Wallym.


Pamiętam, jak zobaczyłam whippety po raz pierwszy – a przynajmniej teraz, po latach myślę, że były to whippety. To było wieki temu, jako mała dziewczynka minęłam je kiedyś, spacerujące gdzieś w mojej okolicy. Zdecydowanie nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, żadnych romantycznych gromów z jasnego nieba – zwróciłam uwagę na to, że są straszliwie chude, łyse, mają podwinięte pod siebie ogony i wytrzeszczone oczy – dla mnie był to wtedy obraz nędzy i rozpaczy, psy wydały mi się przestraszone, zmarznięte i jakieś takie… szczurowate.

Jeśli w moim życiu pojawiał się jakiś pies, właściwie zawsze był to owczarek. Mój dziadek miał dwa owczarki kaukaskie – ogromnie, puchate niedźwiedzie, u wujka mieszkał piękny, długowłosy owczarek niemiecki, u cioci zaś owczarek niemiecki i owczarek szetlandzki. Właśnie ten ostatni robił zawsze na mnie największe wrażenie (chociaż przeszłam również „etap Szarika”, jak chyba każdy początkujący psiarz ;) ) – nieduży, delikatny i subtelny, z piękną, miękką sierścią, w którą tak miło było zanurzyć rękę. I tak w naszym domu, po wielu latach proszenia i przekonywania rodziców, pojawił się w końcu sheltie, Carmel – pies absolutnie wspaniały, mądry, zrównoważony, praktycznie bezproblemowy. Do dziś, patrząc na niego, myślę sobie, że mieliśmy ogromne szczęście – mimo naszej praktycznie zerowej wiedzy o behawiorze, Carmel wyrósł na świetnego psa. To moja pierwsza psia miłość, dziś patrząc na to, jak jego czarny pyszczek siwieje coraz mocniej, czuję zawsze ukłucie w serduszku.

młodziutki Carmelek <3


Wyprowadzka z domu rodzinnego, różne, wynajmowane mieszkania, studenckie życie – na kilka lat opcja posiadania własnego psa stała się nieosiągalna. Jednak zdarzały nam się z P. rozmowy o tym, jakiego psiaka chcielibyśmy mieć w przyszłości. Pomysłów padało wiele, ale koniec końców, ustaliliśmy kilka wspólnych, fizycznych kryteriów:

ŚREDNI ROZMIAR – zdecydowanie nie chcieliśmy mieć małego pieska. Duże psy są natomiast mało kompaktowe – wtedy nie mieliśmy jeszcze samochodu, myśleliśmy, że być może pies będzie jeździł z nami autobusem czy pociągiem i nie bardzo wyobrażaliśmy sobie w tej roli doga niemieckiego ;) Osobiście jestem mała i drobna – dlatego zawsze obawiałam się sytuacji, w której mój pies potrzebowałby pomocy, a ja nie byłabym w stanie np. podnieść go i znieść po schodach czy wsadzić do samochodu. Dlatego postawiliśmy na średniaka – 15kg wydało nam się wagą optymalną ;)

KRÓTKA SIERŚĆ – doświadczenie z szetlandem nauczyło mnie jednego: mimo, że długie, miękkie futerko jest piękne i milutkie w dotyku, konieczność regularnego czesania jest dla mnie zmorą. Carmelowi nie raz przytrafiły się kołtuny na uszami, czy totalnie zmierzwione portki – nie wiem, które z nas bardziej nie lubiło czesania, dlatego tę czynność wykonywałam zdecydowanie zbyt rzadko. Nie mówiąc już o tonach piasku i błota przynoszonych po spacerze – po tygodniowym pobycie Carmela w naszym niedużym mieszkaniu w Warszawie, mimo codziennego odkurzania, mieliśmy na podłodze małą Saharę. Uznaliśmy więc, że nasz własny pies będzie krótkowłosy.

WYDŁUŻONY PYSK – przy całej mojej sympatii do buldożków czy mopsów, codzienne życie z psem chrapiącym, charczącym i śliniącym się byłoby dla mnie nieznośne. Poza tym, tak zwyczajnie, po prostu, bardziej podobają mi się głowy z wydłużonym pyszczkiem. Rasy brachycefaliczne odpadły więc w przedbiegach.


A później spotkaliśmy whippeta. Pewna starsza pani, mieszkająca w sąsiedztwie, regularnie mijała nasz blok z chudym psem o łabędziej szyi i długich łapach, od którego biły subtelność i wdzięk. Któregoś dnia udało nam się ją zaczepić – przez godzinę opowiadała nam o chartach angielskich, które w jej domu mieszkały kolejno od kilkudziesięciu lat. Mówiła o ich wesołym, przyjaznym temperamencie, o zamiłowaniu do leniuchowania na miękkich poduszkach, o ogromnej potrzebie bycia blisko swojego człowieka. W moich oczach whippet przestał być zabiedzonym, wiecznie wystraszonym zmarzluchem – zaczęłam doceniać jego niespotykaną budowę, mocną klatkę piersiową, siłę dobrze zarysowanych mięśni sprintera, wrażliwość płynącą z oczu. I tak zaczęła się moja i P. obsesja – godziny rozmów, przekopywania Internetu w poszukiwaniu wszelkich informacji, przesyłanie sobie słodkich zdjęć whippetów i poszukiwanie ich wzrokiem podczas każdego spaceru.

Aż w końcu, po roku od tego pamiętnego spotkania, w odpowiedzi na wypowiedziane przeze mnie  po raz tysięczny zdanie „Ach, jak ja bym chciała mieć whippeta”, P. rzucił: „Na co czekamy? To jest dobry moment”. I pokazał mi ogłoszenie o właśnie urodzonym miocie w hodowli Malgranda Fasko. Kilka telefonów, spotkanie z hodowcą podczas wystawy, odwiedziny w hodowli i już wiedzieliśmy, że ten biały "Reksio", z pięcioma czarnymi łatkami, będzie naszym ukochanym, wymarzonym, pierwszym własnym psem.

Czyż on nie wygląda jak bajkowy Reksio?


I trafiliśmy świetnie. Wally to typowy kanapowiec, maminsynek i przytulas. Najszczęśliwszy jest, kiedy jesteśmy w komplecie, kiedy może być blisko nas, towarzyszy nam więc wszędzie, gdzie to tylko możliwe – czy to harce po bezkresnych łąkach, spotkania z przyjaciółmi, czy posiadówki w kawiarenkach – odwiedzał ze mną nawet mój Uniwersytet! Jest wesoły i kontaktowy. Ma mnóstwo energii, niestraszne mu długie górskie wyprawy, ale równie dobrze czuje się w domu (a najlepiej w ciepłym łóżku). Wbrew stereotypowi, który wiele razy słyszałam, uczy się chętnie i szybko, lubi współpracować – natomiast szybko też się nudzi, o czym zawsze muszę pamiętać. Jest wrażliwy, ale przez to bardzo wyraźnie pokazuje mi kiedy czuje się niepewnie i potrzebuje wsparcia. Wciąż odkrywa przede mną fascynujące aspekty swojej natury i psiego świata. Jest dla mnie dużym wyzwaniem, ale i dumą. I zachwyca swoją urodą – nie tylko nas, zwariowanych psich rodziców, ale i wiele osób z naszego otoczenia, dla których charty do niedawna były zupełną egzotyką.

*

Tak to właśnie było z nami – nasza szczęśliwa dwójeczka, zamieniła się w jeszcze szczęśliwszą, dobrze dopasowaną trójeczkę. A co będzie dalej? To się jeszcze okaże… ;)



moje kochane pieski - Wally i Carmel


19:45

KRÓTKA BAJKA O DWÓCH JAJKACH

KRÓTKA BAJKA O DWÓCH JAJKACH




Oficjalnie, stało się – w połowie listopada wykastrowaliśmy Wally’ego, pozbawiając go raz na zawsze dwu-kulkowego balastu. Zapraszam na krótkie podsumowanie – po co, dlaczego, jak to się stało, jak udało nam się przeżyć okres rekonwalescencji i czy zaszły w naszym życiu jakieś pokastracyjne zmiany.


ALE PO CO?! – WSKAZANIA DO ZABIEGU

Temat kastracji psa jest wciąż kontrowersyjny – wciąż słyszy się głosy mówiące o tym, że kastracja powinna być powszechnym obowiązkiem, związanym z koniecznością ograniczenia rozrodu psów (tu mówi się dużo o bezdomności i przepełnionych schroniskach), zaś z drugiej strony barykady grzmią absolutni przeciwnicy, twierdzący, że kastracja to zabieg nienaturalny, zaburzający gospodarkę hormonalną organizmu. Nie chcę w tym miejscu podejmować na ten temat dyskusji, więc opiszę po prostu, co przemawiało za naszą decyzją.

Po pierwsze i najważniejsze – w naszym przypadku kastracja okazała się obowiązkiem, ze względów medycznych. Wally, mianowicie, był wnętrem – jego jądra w okresie szczenięcym nie zachowały się jak należy, i nie odbyły naturalnej wędrówki z jamy brzusznej do moszny. Zamiast tego ukryły się wygodnie w ciepłym brzuszku i nigdy nie mieliśmy szansy ujrzeć ich na własne oczy. Za to zdecydowanie mogliśmy dostrzec skutki ich działalności, ale o tym za chwilę ;) Wnętrostwo to wada genetyczna, przekazywana z pokolenia na pokolenie – dlatego właśnie wnętry powinny być eliminowane z dalszej hodowli – Wally nie miał więc szans błyszczeć na wystawach, czy zostać ojcem pięknych whippeciątek. Jednak, co najważniejsze, temperatura w jamie brzusznej jest znacznie wyższa, niż w znajdującej się na zewnątrz ciała mosznie, dlatego jądra w takim tropikalnym środowisku, niemalże w 100% przypadków, prędzej czy później, zamieniają się w komórki nowotworowe – i to jest właśnie główny powód, dla którego kastracja wnętrów okazuje się koniecznością.

Mimo, iż wally’askowe jajka ukryte były przed wzrokiem postronnych, dzielnie produkowały testosteron, wspierający trudności związane z wiekiem młodzieńczym i okresem dorastania. Było to widoczne przede wszystkim na spacerach – nawet krótkie wyjścia na tzw. „sikupę” bardzo się wydłużyły, Wally obsesyjnie wwąchiwał się w każde napotkane po drodze siuśki, a towarzyszył temu ślinotok, drżąca szczęka i wzrok zdecydowanie tęskniący za rozumem. Spotkania z suczkami, pełne były nieopanowanych emocji i natrętnego wpychania nosa pod ogon, przy akompaniamencie histerycznego popiskiwania. Absolutny brak kontaktu z rozszalałym mózgiem stał się uciążliwy i trochę przerażający – a przede wszystkim wykańczający dla pogubionego w tym wszystkim psiura. Dlatego właśnie w listopadzie, gdy Wally osiągnął dumny wiek 17 miesięcy, zapisaliśmy się na zabieg w pobliskiej, zaufanej klinice.


KASTRACJA WNĘTRA

Jako, że w przypadku wally’askowego wnętrostwa obustronnego, oba jądra zatrzymały się w połowie swojej drogi, zabieg musiał być poprzedzony badaniem USG – w ten sposób lekarz określił ich dokładną lokalizację, co umożliwiło później precyzyjne i jak najmniejsze nacięcie. W naszym przypadku zabieg był nieco podobny do zabiegu wykonywanego u suczek – należało otworzyć jamę brzuszną i wydostać ukryte tam jajka.

Na operację umówieni byliśmy o 16.30, pies musiał być na czczo. Po odbytej już wcześniej rozmowie z operującym weterynarzem oraz badaniu krwi i serca, które potwierdziły, że Wally jest zdrów jak ryba, zdecydowałam się na narkozę dożylną. Okropnie zestresowana zaprowadziłam Wally’asa do gabinetu, gdzie dostał odpowiednie środki i zasnął na moich rękach. Następnie, nieco roztrzęsiona wróciłam do domu i pozostało już tylko trzymać mocno kciuki. Koło 19.30 odebrałam telefon z kliniki i zostałam poinformowana, że zabieg się udał, a Wally śpi jeszcze snem sprawiedliwego. Po kolejnym telefonie, koło godziny 21.00 pojechaliśmy wraz z P. do kliniki i odebraliśmy naszego psiaczka już wybudzonego – chwiejnie trzymał się na nogach, merdając przy tym szaleńczo ogonem na nasz widok.

Przy okazji okazało się, że kołnierze dostępne w klinice nie sprawdzają się przy dziwacznych charcich wymiarach – mniejszy rozmiar był zbyt krótki dla długaśnego nochala, rozmiar większy natomiast, zbyt szeroki na chudą szyję. Wally został więc ubrany w gustowne żółte wdzianko dla suczek i wrócił z nami do domu.


REKONWALESCENCJA

Najtrudniejsza była oczywiście pierwsza noc po zabiegu – Wally był jeszcze nieco „kopnięty”, trudno było mu zachować równowagę i bardzo chciało mu się pić – na co musieliśmy uważać, bo raptowne picie, przy lekkim odrętwieniu po narkozie może skończyć się wymiotami, a nawet zachłyśnięciem. W środku nocy wybudził się całkowicie i zażądał spaceru. Następnego dnia rano, gdy mógł już spokojnie zjeść, był całkiem zadowolony z życia, podczas gdy ja, po nieprzespanej nocy, wyglądałam i czułam się jak zombie ;)

Przez kolejne dni wychodziliśmy z domu tylko na szybkie siku, Wally dużo spał, ewidentnie się oszczędzał. W ciągu pierwszych dwóch dni, jeździliśmy do kliniki po zastrzyki przeciwbólowe, bo rana dokuczała mu, szczególnie wieczorem. Będąc w domu nosił wdzianko, ale nie interesował się raną jakoś nadmiernie. Po około tygodniu czuł się już tak dobrze, że zaczęła mu doskwierać domowa nuda – powoli wydłużaliśmy więc wyjścia na dwór, a w domu organizowaliśmy spokojne zabawy umysłowe. Jedyną sprawą, która nieco mnie niepokoiła, był fakt, że Wally przez ponad tydzień po operacji bardzo dużo pił, często sygnalizował potrzebę wyjścia na zewnątrz, a nawet zdarzało mu się nie utrzymać moczu w domu – szybko jednak wszystko wróciło do normy i problem już nie powrócił. Po 12 dniach od zabiegu pojechaliśmy na zdjęcie szwów i mogliśmy zapomnieć o całej sprawie.


REZULTATY

Dziś, miesiąc po zabiegu, jestem w stanie zaobserwować pierwsze zmiany w zachowaniu. Wally przestał tak natarczywie wwąchiwać się w każdy centymetr kwadratowy każdego trawnika, zniknęły ślinotoki i drżenie szczęki. Ostatnio, gdy odwiedziliśmy zaprzyjaźnioną ekipę Dobrego Psa, Wally zupełnie niewinnie i wesoło bawił się z Freyą, będącą w drugim dniu cieczki – w ogóle nie zainteresował się specyficznym zapachem, nie pojawił się też znany nam wcześniej nadmiar męskich emocji. Poza tym nic więcej nie uległo zmianie – nadal jest energicznym, wesołym psem, ciekawym świata, typem nieco histerycznym, takim, co najpierw działa, a potem dopiero myśli, co jednak uzasadniam wciąż jeszcze trwającym okresem młodzieńczej głupkowatości i nad czym staramy się mocno pracować – zresztą o naszych wspólnych zmaganiach jeszcze kiedyś na pewno Wam opowiem :) Możemy więc uspokoić wszystkich tych, którzy obawiają się istotnych zmian w osobowości czy spadku energii psa po kastracji – w naszym przypadku nic z tych rzeczy nie wystąpiło.

*


Kastracja to temat rzeka – długi i szeroki, wciąż wywołujący wiele emocji. Nie zamierzam w tym miejscu nikogo usilnie namawiać, jednak nasze doświadczenia związane z zabiegiem są bardzo pozytywne. Przykręcenie testosteronowego kurka, pomaga trochę Wally’emu w niełatwych poszukiwaniach kontaktu z rozumem, wśród zalewających go fal młodzieńczych emocji. I, co najważniejsze, możemy być pewni, że nie grożą mu już paskudne choroby, jakie niesie ze sobą wnętrostwo. A przecież to właśnie zdrowie naszych ukochanych sierściuchów jest najważniejsze, prawda? :) 




12:42

WALKA Z ŻYWIOŁEM

WALKA Z ŻYWIOŁEM


Nie jest mi po drodze z jesienią. Nigdy zbyt dobrze się nie dogadywałyśmy. Okej, wczesna, słoneczna, „złota, polska” jesień, pachnąca jeszcze wspomnieniem lata, ma dużo uroku. Kolorowe liście szurające pod stopami, słońce, które wciąż jeszcze grzeje, a już nie zmienia nas w skwarki… Ale bądźmy szczerzy, ile takich dni udało Wam się naliczyć tej jesieni? Udałoby się złożyć z nich chociaż jeden pełny tydzień?

Lwia część tegorocznych jesiennych miesięcy upływa nam pod znakiem pluchy, szarych, ciężkich chmur i zimnych podmuchów Orkanu  Grzegorza i jego słabszego, ale nie mniej wrednego, wietrznego rodzeństwa. Nie jest do dla mnie łatwy czas, czuję się przygnębiona i wiecznie zmarznięta. Jest jednak ktoś, kto takiej aury nie lubi chyba jeszcze bardziej niż ja. Tak, zgadliście, tym kimś jest mój pies.

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze byłam na etapie poszukiwania psa dla siebie, jednym z głównych kryteriów rasy idealnej, był dla mnie krótki włos. Po doświadczeniach z imponującą, ale wiecznie kołtuniącą się sierścią rodzinnego owczarka szetlandzkiego, wiedziałam, że regularne wyczesywanie psa to czynność, której nie znoszę i której za wszelką cenę chcę uniknąć. Krótki włos whippeta oraz brak podszerstka to dla mnie opcja doskonała –Wally nie wymaga praktycznie żadnej specjalnej pielęgnacji, po kąpieli schnie w tempie błyskawicy i nie wydziela typowego zapachu mokrego psa vel mokrej skarpety. Jednak wszystkie te cechy perfekcyjnego psiego kanapowca, wiążą się również z pewnymi ograniczeniami. Mianowicie, ten rodzaj sierści nie stanowi absolutnie żadnej ochrony przez niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi.

W kwestii tolerowania kaprysów jesieni, Wally jest typowym przedstawicielem swojej rasy. Oczywiście, zdarzają się zapewne chlubne wyjątki, whippety, które równie chętnie i ochoczo spacerują w słońcu, w deszczu, w błocie, z wiatrem i pod wiatr. Jednak większość znanych mi chudzielców zgodnie twierdzi, że jesień nadaje się jedynie do przespania jej na miękkiej kanapie. Najlepiej w towarzystwie miękkiego kocyka i co najmniej dwóch poduszek. Nie bez powodu, drugim imieniem Wally’ego jest „Księciunio”.

Gdy wieje wiatr i zacina deszcz, niewiele pozostaje z charciej gracji, elegancji i entuzjazmu. Wally zamienia się w prawdziwą kupkę nieszczęścia – chudą dupkę podwija pod siebie, cały drży, liche włosy na grzbiecie stają mu dęba. Silniejsze podmuchy wiatru powodują przypadnięcie brzuchem do ziemi na trzęsących się łapkach. Z nieszczęśliwą miną psa okrutnie pokrzywdzonego przez los, idzie w iście ślimaczym tempie, załatwia fizjologiczne sprawy na pierwszym napotkanym trawniku, po czym obraca się na pięcie i z całych sił ciągnie z powrotem do domu. Każda próba skłonienia go do przejścia się choćby chwileczkę, choćby jeszcze kawałeczek, spotyka się z oporem godnym obrońcy większej sprawy, zapieraniem się wszystkimi czterema łapami i błagalnym patrzeniem w oczy.

Typowa jesienna radość życia...


Jak zatem przetrwać te jesienne miesiące? Wally na to pytanie odpowiedział bez cienia ironii: „proponuję zaszyć się w miłym domku na hawajskiej plaży”. Jeśli jednak akurat dziwnym trafem nie dysponujecie takową nieruchomością, nie załamujcie się, jest jeszcze jedna opcja, a jest nią… gustowna kurteczka. Tak, tak, wiem – jeszcze nie tak dawno temu perspektywa ubierania psa we mnie również budziła pełen politowania uśmiech. A dziś? Dziś zacieram rączki i dyskutuję ochoczo z najzdolniejszą Olą Kowal z Bzika (www.bzik-studio.pl) wybierając nowy fason sportowej kurtki, czy materiał na milutką, ciepłą kamizelkę. A później idziemy z Wallym na spacer, dumnie prezentując nowy outfit na sezon jesień/zima, śmiejąc się prosto w twarz jesiennej zawierusze i puszczając oko do zaciekawionych przechodniów. Wraz z rozwiązaniem problemu mokrego futerka i zmarzniętego, łysego brzuszka, znikają psie fochy, wraca dobry nastrój i chęć eksplorowania świata.

*


Jeśli więc i Wasze psy nie przepadają za humorami Pani Jesieni i najchętniej zapadłyby w zimowy sen, warto zastanowić się nad wyposażeniem ich w dodatkową ochronę przed zimnem. Piesek w płaszczyku może i wygląda nieco komicznie, ale za to humoru nie zepsuje mu nawet listopadowa aura. A ta przecież w naszym kraju trwać może nawet do kwietnia. Zatem kurtki na grzbiety, Panie, Panowie i Psy! Życzymy Wam świetnych, jesiennych spacerów!





19:49

MISSION IMPOSSIBLE?, CZYLI O TYM, CZY DA SIĘ "WYBIEGAĆ" WHIPPETA

MISSION IMPOSSIBLE?, CZYLI O TYM, CZY DA SIĘ "WYBIEGAĆ" WHIPPETA
Photo by: Halina Uzdowska


- Ojej, chart, ja to bym na pewno nie dał rady go wybiegać.
- Ale on chyba musi bardzo dużo biegać, prawda?
- To musi Pani mnóstwo czasu z nim biegać!

Kwestia „wybiegania” charta odmieniana jest przez wszystkie przypadki w większości codziennych rozmów, które prowadzę z napotkanymi osobami. A rozmów tych jest dość sporo. Po pierwsze dlatego, że, mimo, iż popularność whippetów ostatnimi czasy bardzo wzrosła, a Warszawa staje się prawdziwym skupiskiem tej rasy, dla przeciętnego Kowalskiego chart wciąż jest psem nieco dziwnym i przykuwającym uwagę. Swym wyglądem odbiega od prototypowego wyobrażenia o psie – ma dziwacznie długie łapy, żyrafią szyję, wywinięty pod siebie ogon. No i oczywiście jest chudy. Po drugie, lubię rozmawiać z ludźmi, a o psach mogę gadać godzinami – chętnie więc odpowiadam na zaciekawione spojrzenia, staram się udzielać odpowiedzi na pytania, obalać mity.

Między innymi mit o tym, jak to opiekun charta ma ciężko, bo przecież „wybieganiu” whippeta podołać może tylko maratończyk. Z mnóstwem wolnego czasu.


Nie lubię słowa „wybieganie”. Mam wrażenie, że dla większości ludzi oznacza ono zabieranie psa na wielogodzinne biegi przy rowerze (niezależnie od fizycznych możliwości psa, jego wieku, czy właściwości terenu), nieskończoną liczbę rzutów piłeczką, którą pies ma przynosić bez końca lub wrzucanie psa w gromadę różnych, niekoniecznie sympatycznych psów, żeby się z nimi „wyszalał”. Generalnie chodzi o to, aby wyczerpane mięśnie odmówiły posłuszeństwa i pies po powrocie do domu padł bez życia. Pies wybiegany, to pies zmęczony, czyli szczęśliwy, czyż nie? Nie do końca. Osobiście staram się raczej męczyć Wally’ego intelektualnie – spacery w nowe miejsca, praca węchowa, ćwiczenie nowych poleceń, spotkania z dobrymi, psimi przyjaciółmi, to mądrzejszy sposób wspólnego spędzania czasu, zapewniający rozwój i naukę zamiast hektolitrów zalewającej mózg i ciało adrenaliny.

Ale, ale, wróćmy do tematu – co z tym bieganiem? Patrząc na whippeta, nie ma się złudzeń – jest on stworzony do pędu. Szczupłe, dobrze umięśnione ciało, głęboka klatka piersiowa, specyficznie zbudowane, długie tylne łapy, o mocnych udach – sylwetka prawdziwego sprintera. No właśnie – SPRINTERA. Czyli biegacza ekstremalnie szybkiego, ale pokonującego krótkie dystanse. I tak właśnie biegają whippety – osiągają zadziwiającą prędkość (nawet ponad 50 km/h!), zapierającą dech w piersiach, ale po kilku przebiegniętych w ten sposób okrążeniach, zatrzymują się, dysząc ciężko i odpoczywają – węszą, eksplorują, rozglądają się, CHODZĄ. Whippet, jak każdy pies potrzebuje ruchu, spacerów w ciekawych miejscach i możliwości poruszania się bez smyczy, samemu nadając swojemu ruchowi tempo, którego akurat potrzebuje. Nie oznacza to jednak wielogodzinnych gonitw po pustych polach. Ba! Nie oznacza to nawet codziennych szalonych sprintów. 2-3 intensywne fizycznie spacery w tygodniu wystarczą, o ile w pozostałe dni zadbamy o stymulację intelektualną.



Mimo, że, obserwując whippeta w pełnym pędzie, widać, że wyścigi z wiatrem to jego absolutna pasja i największa życiowa przyjemność, nie jest to wcale nieposkromiony maniak, który nie zatrzymuje się nigdy. Tak jak KAŻDY pies, potrzebuje on zarówno możliwości swobodnego ruchu, jak i wyzwań dla intelektu. Zapewniając mu wszechstronny rozwój, w domu cieszyć się będziemy typowym Królem Leniuchowania. W końcu, każdy musi kiedyś odpocząć, prawda? :)

Z najlepszą przyjaciółką
Whippet, który CHODZI i WĘSZY?! ;)
Wizyta w kawiarni

Typowy, domowy Wally



21:13

MŁODY - GNIEWNY

MŁODY - GNIEWNY


Drodzy Państwo, stało się. Na nic zdało się zaprzeczanie, wypieranie, dziwienie się, na nic nawet próba obrócenia wszystkiego w żart. Stało się i już. Szczeniaczek zmienił się… w nastolatka.

Przecież dopiero co był takim małym, uroczym dzieckiem! Cieszącym ryjek do świata, do ludzi i psów, przyjaznym i milutkim, przyjmującym z entuzjazmem wszystko, co los miał mu akurat do zaoferowania. Ale niestety, czas nieubłaganie upływa, a wraz z nim psie ciało rośnie, a zawartość mózgu w mózgu jakby maleje.

Okres „nastoletni” rozpoczyna się mniej więcej koło 10. miesiąca życia psa i trwa zwykle trochę ponad rok. O „dorosłym psie” możemy mówić, gdy ten obejdzie swoje drugie urodziny – chociaż oczywiście duże znaczenie mają tu różnice indywidualne czy rasowe – niektóre psy dojrzewają szybciej, inne wolniej.

Okres przemiany z rozkosznego, wesołego, przylepionego do swojego człowieka, szczeniaczka, w doświadczonego, mądrego dorosłego, to chyba najtrudniejszy czas z jakim przychodzi nam się zmierzyć w ciągu tych wszystkich, spędzonych razem lat. Dlaczego? Cóż, pamiętacie samych siebie z tych czasów? A może macie dzieci w tym wieku? Odwołam się do tych Waszych nastoletnich doświadczeń. Przypomnijcie sobie te czasy. Czasy, gdy czuliście się tacy dojrzali, a jednocześnie tak niezrozumiani przez świat dorosłych. Czasy szkolnych miłości do grobowej deski, prawdziwie znienawidzonych, równie nastoletnich wrogów, czasy wielkich kłótni o małe sprawy, trzaskania drzwiami, łez przelanych nad spotykającą tylko Was niesprawiedliwością, radości tak wielkich, że czas stawał przez chwilę w miejscu. Czasy wspominane teraz z uśmiechem, ale wtedy emocjonalne i trudne.
Dla psów to równie niełatwy okres – w końcu tyle razy mówiłam Wam już, że nasze mózgi są do siebie podobne, prawda?


JAK TO WYGLĄDA U NAS?

Niedawno obchodziliśmy pierwsze Wally’askowe urodziny i mam wrażenie, że to był u nas moment przełomowy. Psi móżdżek został starannie zapakowany do pudełka, a pudełko, szczelnie zaklejone kilkoma warstwami taśmy, zagubiło się gdzieś na dnie szafy. Miejmy nadzieję, że cudownie odnajdzie się przy okazji kolejnych urodzin. A na razie zaszczytną rolę zaginionego mózgu przejęły… no cóż, jajka. Testosteron nie jest generalnie najlepszym doradcą. Szczególnie w przypadku młodego psa, który wciąż niewiele o życiu wie, niewiele z tego wszystkiego rozumie, za to został już wyposażony w całkiem dorosłe ciało.

I tak zaczęło się prawdziwe zainteresowanie płcią przeciwną. Dziewczyny to już nie tylko świetni kumple do zabawy – naprawdę interesujące stały się zapachy spod ogona. Spacery, nawet te krótkie, znacznie się wydłużyły – co trzy kroki Młody zatrzymuje się i baaardzo powoli, baaardzo dokładnie wącha. Obserwując go, mogę ze 100% pewnością określić gdzie niedawno siusiała akurat atrakcyjna suczka – z tego miejsca nie sposób go odwołać czy odciągnąć, wącha, lekko się ślini, wylizuje, a na końcu podnosi głowę, patrząc błędnym wzrokiem, z drgającą z emocji szczęką.

W ogóle dużo w nim ostatnio emocji. Emocji silnych, z którymi nie potrafi sobie jeszcze poradzić. Na stawiane przez nas ograniczenia reaguje złością, próbuje przeforsować swoje zdanie patrząc wyzywająco w oczy, szczekając, warcząc. A za chwilę przytula się, łaknie kontaktu, jakby mówił „przepraszam mamo, nie wiem, co we mnie wstąpiło”. Łatwo się ekscytuje, dużo trudniej wycisza. Ludzie nie są już taką atrakcją jak wcześniej – wcześniejszą miłość do każdego przechodnia, zastąpił chłodny dystans do obcych. Pojawiły się też pierwsze konflikty – nieznajome psy, z którymi Wally nie ma ochoty się spotykać, dowiadują się o tym dość dobitnie, poprzez darcie paszczy i irokeza na karku, ustawionego z lichych, whippecich kłaczków.


CO TERAZ, JAK ŻYĆ?

Na pewno nie będzie nam teraz łatwo. Przyjdzie nam zderzyć się z falą emocji, głupoty i głuchoty, buntu i złości. Sytuacje do tej pory zwyczajne, mogą okazać się nagle trudne do przeżycia. Umiejętności, nawet dobrze wyuczone i utrwalone, będą się gdzieś ulatniać, zostawiając w główce pustkę i hulające przeciągi. Nie raz opadną nam ręce i nogi, nie raz będziemy przełykać żal i wstyd, nie raz krew będzie nam wrzała z gniewu i bezsilności…

Cóż nam pozostało? Oddychać głęboko i usilnie starać się ZROZUMIEĆ, jak psu jest ciężko, jak mało jeszcze wie, a jak dużo odczuwa. Odpuścić mu trochę, nie wymagać niewiadomo czego, ale wyznaczać granice, wskazywać dobre zachowania i sowicie nagradzać słuszne decyzje. Unikać sytuacji zbyt trudnych, które niepotrzebnie psa pobudzają, utrwalając złe wzorce. Dawać mu wsparcie i mnóstwo miłości, spędzać razem miłe chwile, uczyć wyciszania się i odpoczynku. I oczywiście spotykać się z dorosłymi, mądrymi psami, które o życiu wiedzą znacznie więcej, a na młodzieńczą głupotę reagują pobłażliwym wzruszeniem ramion i zdecydowanym doprowadzeniem krnąbrnego dzieciaka do porządku.

Trzymajcie za nas kciuki, przed nami bardzo trudny czas!

*


A jakie Wy macie doświadczenia z Młodymi-Gniewnymi?




17:18

KRÓTKI TEKST O ZAUFANIU

KRÓTKI TEKST O ZAUFANIU


Gdyby ktoś zapytał mnie, co uważam za najistotniejsze w budowaniu relacji z psem, odpowiedziałabym: „ZAUFANIE”.  Zresztą tyczy się to każdej relacji, również międzyludzkiej! Bo czy jesteście w stanie wyobrazić sobie bez niego dobrą, silną więź? Ja nie. Dlatego też w swojej pracy z psio-ludzkimi ekipami, budowanie ZAUFANIA zawsze stawiam na pierwszym miejscu.



Co to właściwie jest to „ZAUFANIE”? Słownik języka polskiego PWN podaje taką oto definicję:
  1. przekonanie, że ktoś nie oszuka i nie zrobi niczego złego
  2. przekonanie, że czyjeś słowa, informacje itp. są prawdziwe
  3. przekonanie, że ktoś posiada jakieś umiejętności, zdolności itp. i potrafi je odpowiednio wykorzystać


Myślę sobie, że w dobrej relacji z psem, ZAUFANIE, którym może on nas obdarzyć integruje wszystkie te trzy elementy.

Po pierwsze pies powinien czuć się przy swoim człowieku pewnie i bezpiecznie, wiedzieć, że on nigdy go nie skrzywdzi i nie pozwoli na to nikomu innemu.

Po drugie, człowiek prawdziwy, to człowiek czytelny i przewidywalny. Taki, który potrafi ze swoim psem dobrze się komunikować, jasno wyrażać swoje zamiary i oczekiwania, być uważnym na psie komunikaty i odpowiednio na nie reagować.

Po trzecie, człowiek ma umiejętności, których pies nie posiada i psy o tym doskonale wiedzą. Co więcej, potrafią zwracać się do nas o pomoc, czy to w przypadku czynności, których nie są w stanie fizycznie same wykonać („człowiek, wyjmij mi tę piłeczkę spod szafy!”), czy w sytuacjach zbyt trudnych emocjonalnie, kiedy proszą nas o wsparcie i ochronę.



W dobrej, opartej na ZAUFANIU, relacji obie strony czują się ze sobą dobrze i pewnie. Wiedzą, że razem mogą więcej, mają wzajemne wsparcie, znają się dobrze, rozumieją i akceptują się swoje charaktery, zalety i wady, możliwości i ograniczenia. Z drugiej jednak strony każdy chce pracować nad sobą, przezwyciężać swoje słabości, aby sprawić radość i dać coś dobrego tej drugiej istocie.
Pies, który ufa swojemu człowiekowi, który wie, że zawsze ma jego akceptację i wsparcie, stara się przełamywać swoje lęki, zachowywać się tak, aby wywołać uśmiech na ludzkiej twarzy. I to jest dla mnie najcudowniejsza część ludzko-psiej przyjaźni, o którą warto walczyć do upadłego.



Żyjąc z Wallym od początku stawiam właśnie na budowanie wzajemnego ZAUFANIA. Daję mu dużo wolności i możliwości podejmowania samodzielnych decyzji, ale jednocześnie jestem blisko, służę pomocą i wsparciem, staram się kontrolować sytuację, aby nie stała się zbyt trudna. Cieszę się jego sukcesami i nie rozpamiętuję błędów. Pracuję nad własną cierpliwością i spokojem i mimo, że czasem ponoszę na tym tle porażkę, nie poddaję się, bo wiem, jak ważne jest, abym to ja równoważyła jego szybki, zero-jedynkowy temperament i tendencję do „najpierw działam, potem myślę!”. Unikam wrzucania go w miejsca i środowisko, w którym będzie czuł się źle czy niepewnie. A jednocześnie razem przeżywamy mnóstwo przygód, poznajemy nowe miejsca, nowych ludzi, nowe psy, nowe przedmioty. Świetnie się razem bawimy. A często też razem nic nie robimy. Tylko jesteśmy, tak po prostu.

Wally kończy wkrótce rok, a ja pękam z dumy obserwując jak rozwija się nasza relacja, jak coraz lepiej wzajemnie się rozumiemy, jak dobrze nam w swoim towarzystwie. Widzę, że bardzo stara się spełnić moje oczekiwania i robię wszystko co w mojej mocy, aby zaspokajać jego potrzeby. O więzi, którą zbudowaliśmy myślę zdecydowanie jak o wielkim sukcesie, chociaż oczywiście jesteśmy wciąż na początku drogi. Ale hej! żadna droga nam niestraszna, kiedy jesteśmy razem!



*


Pracujcie nad budowaniem ZAUFANIA w relacji ze swoim psem, Kochani. Widok psiaka biegnącego właśnie do Was i ufnością w oczach i uśmiechem na pysku to coś absolutnie niepowtarzalnego. Dla mnie to najczystsza więź pod słońcem. Prawdziwa, codzienna magia.








18:49

MAM BZIKA NA PUNKCIE... BZIKA! - RECENZJA OBROŻY I KOCYKA MARKI BZIK

MAM BZIKA NA PUNKCIE... BZIKA! - RECENZJA OBROŻY I KOCYKA MARKI BZIK


Przyznaję się bez bicia – absolutnie uwielbiam kupować psie akcesoria. Gdy widzę nowe, kolorowe obroże, szelki i smycze, mięciutkie legowiska, czy artystyczne woreczki na przysmaki, świecą mi się oczy i od razu mam wrażenie, że właśnie TEGO do tej pory ABSOLUTNIE mi brakowało. Poza tym, czy może być większa przyjemność niż podziwianie swojego ukochanego psiaka w nowej, pięknej stylizacji? No pewnie, że nie! P. wzdycha w takich sytuacjach ciężko i przemawia głosem irytująco pełnym rozsądku: „przecież Wally ma już podobny  >>tu wpisz nazwę dowolnego psiego produktu<< ”. A ja albo zużywam całą swoją wątłą siłę woli starając się oprzeć zakupowej pokusie, albo z największą powagą tłumaczę ukochanemu Mężowi, że przecież takiego jeszcze nie ma, a jakie to będzie użyteczne!


Dlatego nie posiadałam się z radości, kiedy Ola Kowal, manager, dyrektor kreatywny i krawiec w jednej osobie, zaproponowała Wally’emu przetestowanie nowych produktów firmy BZIK, a mnie zebranie naszych wspólnych wrażeń w jedną krótką recenzję.

Nie wiem czy w charcim świecie znajdzie się ktoś, kto nigdy o BZIKu nie słyszał. W ich najwyższej jakości, kolorowych, szytych na wymiar ubrankach przechadzają się chude zmarzluchy w  całej Polsce. BZIKowa kurtka dzielnie chroniła przed zimowymi mrozami również białą dupkę Wally’ego i byłam z niej naprawdę zadowolona. Teraz firma wprowadza na rynek nowe produkty, tworzone wciąż ze szczególną myślą o chartach, jednak na pewno nie wyłącznie dla nich.


OBROŻA ACTIVE

Linia obroży ACTIVE stworzona jest dla psów spędzających czas aktywnie, w różnych warunkach atmosferycznych i okolicznościach przyrody. Jak dowiedziałam się od Oli, materiał z jakiego jest uszyta, to „kodura z pokryciem i o niskiej gramaturze – turbo odporna na przetarcia czy zaciągnięcie”  A więc niestraszne powinny jej być deszcz, brud, błoto, gałęzie krzaków czy psie zęby.

Obroża występuje w dwóch rozmiarach: MINI (dla charcika włoskiego - szerokość obroży 3 cm, obwód szyi 21-28 cm ) oraz MIDI (dla whippeta - szerokość obroży 4 cm, obwód szyi 29-38 cm).  Ma regulowany obwód i zacisk typu martingale, zakłada się ją psu przez głowę. Wariacji kolorystycznych pojawia się w ofercie coraz więcej, my wybraliśmy sobie wersję ACTIVE BLUE, grafitowo-niebieską.



To, co rzuciło mi się w oczy na początku to wysoka jakość wykonania. To obroża, która nawet jeszcze przed wzięciem jej do ręki, sprawia wrażenie bardzo trwałej. Materiał jest gruby i sztywny, kojarzący mi się z wierzchnią warstwą zimowej kurtki, szwy porządnie wykonane, sprzączki szerokie, nity duże. Całość wygląda jak sprzęt dla zawodowego sportowca – minimalistyczna forma, trwały materiał, wyglądający na mało brudzący się i łatwy w czyszczeniu – o tym zresztą również zapewniła mnie Ola :) Użyte materiały sprawiają, że obroża jest cięższa od innych, które mamy w swojej kolekcji, nie zauważyłam jednak, żeby w jakikolwiek sposób przeszkadzało to Wally’emu – zakładałam mu ją bez problemu, jej noszenie nie wywoływało u niego żadnych negatywnych reakcji.



Obrożę testowaliśmy dzielnie zarówno w miejskiej dżungli, jak i podczas majówki, na górskich trasach, zmagając się z kapryśną pogodą, zróżnicowanym terenem i szalonymi pomysłami nadwornego testera :) Wally w obroży na szyi biegał, tarzał się, spał, moknął, bawił się z innymi psami… I wszystkie te próby nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Po wypraniu w pralce wygląda jak nowa – zresztą, mniejsze zabrudzenia da się łatwo zmyć gąbką z wodą i mydłem.



Jedyna uwaga, która przyszła mi do głowy, dotyczyła braku miejsca przeznaczonego do doczepienia adresówki. Ja doczepiłam ją do sprzączki, ale ze względu na jej grubość, trochę się z tym męczyłam. Podzieliłam się jednak tym spostrzeżeniem z Olą, która przyznała mi rację – przy obrożach pojawią się małe półkółeczka – specjalne miejsca dla adresówek. To się nazywa wyjście naprzeciw potrzebom klienta!


KOCYK

Drugim produktem, który mieliśmy przyjemność testować był dwuwarstwowy kocyk, zdecydowany must have dla psów takich jak mój Księciunio, którego chude, łyse ciałko odmawia leżenia na twardych powierzchniach, i który lubuje się w miękkich, milutkich tkaninach.



Kocyk składa się z dwóch, odmiennych warstw – z jednej strony mamy znów gruby, wodo- i pazurkoodporny materiał w różnokolorowe jelonki (które absolutnie mnie urzekły), zaś z drugiej zielony, mięciutki polarek. W związku z tym, kocyk nadaje się zarówno do rozłożenia na ziemi czy podłodze, jak i do zakopania się pod nim na kanapie. Jego wymiary to ok. 100cm/70cm, po złożeniu zmieścił się bez problemu do mojego niewielkiego plecaka, razem z innymi potrzebnymi gadżetami górskiego turysty. Wally zakochał się w nim od początku, a co najważniejsze, dzięki temu mógł spokojnie odpocząć  na podłodze w górskim schronisku, czy spać na twardej drewnianej ławie. Przy okazji skorzystały też ludzkie pośladki – miło było usiąść na mokrej trawie i wciąż mieć suche spodnie :)

Kocyk, po kontakcie z deszczem, zabłoconymi łapkami, brudnymi spodniami i mokrą trawą, wylądował w pralce wraz z obrożą i również wyszedł z tego bez szwanku – znów jest czysty, pachnący i mięciutki.


*


Podsumowując, nowe produkty BZIKa również udowadniają, że drugim imieniem firmy jest JAKOŚĆ. Wykonane są na najwyższym poziomie, nie ma tu mowy o niedociągnięciach, jeśli produkt w założeniu ma być trwały to możemy być pewni, że posłuży niejeden sezon.

Jestem miłośniczką chartów, zachwyca mnie siła, szybkość i wytrzymałość ich, na pozór, chudego, drobnego ciała. Dlatego sportowy, minimalistyczny design to coś co bardzo pasuje do mojego osobistego postrzegania tych psów. A kiedy urodzony sprinter wraca z aktywnego, pełnego szaleństw spaceru, idealnie sprawdzi się milutki, miękki kocyk, w który można wtulić główkę i radośnie udać się w objęcia Morfeusza :) We wszystkich tych przyjemnościach może towarzyszyć nam BZIK!

Wraz z Wallym bardzo dziękujemy Ci, Olu, za możliwość testowania tych nowych cudowności! Nasza przygoda z BZIKiem na pewno się tu nie skończy. A Wam wszystkim rozpoczęcie tej przygody, z czystym sercem, polecamy!




PS. Wally został twarzą obroży ACTIVE BLUE – jego zdjęcia znajdziecie na stronie BZIKa, np. klikając w TEN LINK.





Copyright © 2016 Blog DOGłębny , Blogger