12/21/2017

KRÓTKA BAJKA O DWÓCH JAJKACH

KRÓTKA BAJKA O DWÓCH JAJKACH




Oficjalnie, stało się – w połowie listopada wykastrowaliśmy Wally’ego, pozbawiając go raz na zawsze dwu-kulkowego balastu. Zapraszam na krótkie podsumowanie – po co, dlaczego, jak to się stało, jak udało nam się przeżyć okres rekonwalescencji i czy zaszły w naszym życiu jakieś pokastracyjne zmiany.


ALE PO CO?! – WSKAZANIA DO ZABIEGU

Temat kastracji psa jest wciąż kontrowersyjny – wciąż słyszy się głosy mówiące o tym, że kastracja powinna być powszechnym obowiązkiem, związanym z koniecznością ograniczenia rozrodu psów (tu mówi się dużo o bezdomności i przepełnionych schroniskach), zaś z drugiej strony barykady grzmią absolutni przeciwnicy, twierdzący, że kastracja to zabieg nienaturalny, zaburzający gospodarkę hormonalną organizmu. Nie chcę w tym miejscu podejmować na ten temat dyskusji, więc opiszę po prostu, co przemawiało za naszą decyzją.

Po pierwsze i najważniejsze – w naszym przypadku kastracja okazała się obowiązkiem, ze względów medycznych. Wally, mianowicie, był wnętrem – jego jądra w okresie szczenięcym nie zachowały się jak należy, i nie odbyły naturalnej wędrówki z jamy brzusznej do moszny. Zamiast tego ukryły się wygodnie w ciepłym brzuszku i nigdy nie mieliśmy szansy ujrzeć ich na własne oczy. Za to zdecydowanie mogliśmy dostrzec skutki ich działalności, ale o tym za chwilę ;) Wnętrostwo to wada genetyczna, przekazywana z pokolenia na pokolenie – dlatego właśnie wnętry powinny być eliminowane z dalszej hodowli – Wally nie miał więc szans błyszczeć na wystawach, czy zostać ojcem pięknych whippeciątek. Jednak, co najważniejsze, temperatura w jamie brzusznej jest znacznie wyższa, niż w znajdującej się na zewnątrz ciała mosznie, dlatego jądra w takim tropikalnym środowisku, niemalże w 100% przypadków, prędzej czy później, zamieniają się w komórki nowotworowe – i to jest właśnie główny powód, dla którego kastracja wnętrów okazuje się koniecznością.

Mimo, iż wally’askowe jajka ukryte były przed wzrokiem postronnych, dzielnie produkowały testosteron, wspierający trudności związane z wiekiem młodzieńczym i okresem dorastania. Było to widoczne przede wszystkim na spacerach – nawet krótkie wyjścia na tzw. „sikupę” bardzo się wydłużyły, Wally obsesyjnie wwąchiwał się w każde napotkane po drodze siuśki, a towarzyszył temu ślinotok, drżąca szczęka i wzrok zdecydowanie tęskniący za rozumem. Spotkania z suczkami, pełne były nieopanowanych emocji i natrętnego wpychania nosa pod ogon, przy akompaniamencie histerycznego popiskiwania. Absolutny brak kontaktu z rozszalałym mózgiem stał się uciążliwy i trochę przerażający – a przede wszystkim wykańczający dla pogubionego w tym wszystkim psiura. Dlatego właśnie w listopadzie, gdy Wally osiągnął dumny wiek 17 miesięcy, zapisaliśmy się na zabieg w pobliskiej, zaufanej klinice.


KASTRACJA WNĘTRA

Jako, że w przypadku wally’askowego wnętrostwa obustronnego, oba jądra zatrzymały się w połowie swojej drogi, zabieg musiał być poprzedzony badaniem USG – w ten sposób lekarz określił ich dokładną lokalizację, co umożliwiło później precyzyjne i jak najmniejsze nacięcie. W naszym przypadku zabieg był nieco podobny do zabiegu wykonywanego u suczek – należało otworzyć jamę brzuszną i wydostać ukryte tam jajka.

Na operację umówieni byliśmy o 16.30, pies musiał być na czczo. Po odbytej już wcześniej rozmowie z operującym weterynarzem oraz badaniu krwi i serca, które potwierdziły, że Wally jest zdrów jak ryba, zdecydowałam się na narkozę dożylną. Okropnie zestresowana zaprowadziłam Wally’asa do gabinetu, gdzie dostał odpowiednie środki i zasnął na moich rękach. Następnie, nieco roztrzęsiona wróciłam do domu i pozostało już tylko trzymać mocno kciuki. Koło 19.30 odebrałam telefon z kliniki i zostałam poinformowana, że zabieg się udał, a Wally śpi jeszcze snem sprawiedliwego. Po kolejnym telefonie, koło godziny 21.00 pojechaliśmy wraz z P. do kliniki i odebraliśmy naszego psiaczka już wybudzonego – chwiejnie trzymał się na nogach, merdając przy tym szaleńczo ogonem na nasz widok.

Przy okazji okazało się, że kołnierze dostępne w klinice nie sprawdzają się przy dziwacznych charcich wymiarach – mniejszy rozmiar był zbyt krótki dla długaśnego nochala, rozmiar większy natomiast, zbyt szeroki na chudą szyję. Wally został więc ubrany w gustowne żółte wdzianko dla suczek i wrócił z nami do domu.


REKONWALESCENCJA

Najtrudniejsza była oczywiście pierwsza noc po zabiegu – Wally był jeszcze nieco „kopnięty”, trudno było mu zachować równowagę i bardzo chciało mu się pić – na co musieliśmy uważać, bo raptowne picie, przy lekkim odrętwieniu po narkozie może skończyć się wymiotami, a nawet zachłyśnięciem. W środku nocy wybudził się całkowicie i zażądał spaceru. Następnego dnia rano, gdy mógł już spokojnie zjeść, był całkiem zadowolony z życia, podczas gdy ja, po nieprzespanej nocy, wyglądałam i czułam się jak zombie ;)

Przez kolejne dni wychodziliśmy z domu tylko na szybkie siku, Wally dużo spał, ewidentnie się oszczędzał. W ciągu pierwszych dwóch dni, jeździliśmy do kliniki po zastrzyki przeciwbólowe, bo rana dokuczała mu, szczególnie wieczorem. Będąc w domu nosił wdzianko, ale nie interesował się raną jakoś nadmiernie. Po około tygodniu czuł się już tak dobrze, że zaczęła mu doskwierać domowa nuda – powoli wydłużaliśmy więc wyjścia na dwór, a w domu organizowaliśmy spokojne zabawy umysłowe. Jedyną sprawą, która nieco mnie niepokoiła, był fakt, że Wally przez ponad tydzień po operacji bardzo dużo pił, często sygnalizował potrzebę wyjścia na zewnątrz, a nawet zdarzało mu się nie utrzymać moczu w domu – szybko jednak wszystko wróciło do normy i problem już nie powrócił. Po 12 dniach od zabiegu pojechaliśmy na zdjęcie szwów i mogliśmy zapomnieć o całej sprawie.


REZULTATY

Dziś, miesiąc po zabiegu, jestem w stanie zaobserwować pierwsze zmiany w zachowaniu. Wally przestał tak natarczywie wwąchiwać się w każdy centymetr kwadratowy każdego trawnika, zniknęły ślinotoki i drżenie szczęki. Ostatnio, gdy odwiedziliśmy zaprzyjaźnioną ekipę Dobrego Psa, Wally zupełnie niewinnie i wesoło bawił się z Freyą, będącą w drugim dniu cieczki – w ogóle nie zainteresował się specyficznym zapachem, nie pojawił się też znany nam wcześniej nadmiar męskich emocji. Poza tym nic więcej nie uległo zmianie – nadal jest energicznym, wesołym psem, ciekawym świata, typem nieco histerycznym, takim, co najpierw działa, a potem dopiero myśli, co jednak uzasadniam wciąż jeszcze trwającym okresem młodzieńczej głupkowatości i nad czym staramy się mocno pracować – zresztą o naszych wspólnych zmaganiach jeszcze kiedyś na pewno Wam opowiem :) Możemy więc uspokoić wszystkich tych, którzy obawiają się istotnych zmian w osobowości czy spadku energii psa po kastracji – w naszym przypadku nic z tych rzeczy nie wystąpiło.

*


Kastracja to temat rzeka – długi i szeroki, wciąż wywołujący wiele emocji. Nie zamierzam w tym miejscu nikogo usilnie namawiać, jednak nasze doświadczenia związane z zabiegiem są bardzo pozytywne. Przykręcenie testosteronowego kurka, pomaga trochę Wally’emu w niełatwych poszukiwaniach kontaktu z rozumem, wśród zalewających go fal młodzieńczych emocji. I, co najważniejsze, możemy być pewni, że nie grożą mu już paskudne choroby, jakie niesie ze sobą wnętrostwo. A przecież to właśnie zdrowie naszych ukochanych sierściuchów jest najważniejsze, prawda? :) 




10/30/2017

WALKA Z ŻYWIOŁEM

WALKA Z ŻYWIOŁEM


Nie jest mi po drodze z jesienią. Nigdy zbyt dobrze się nie dogadywałyśmy. Okej, wczesna, słoneczna, „złota, polska” jesień, pachnąca jeszcze wspomnieniem lata, ma dużo uroku. Kolorowe liście szurające pod stopami, słońce, które wciąż jeszcze grzeje, a już nie zmienia nas w skwarki… Ale bądźmy szczerzy, ile takich dni udało Wam się naliczyć tej jesieni? Udałoby się złożyć z nich chociaż jeden pełny tydzień?

Lwia część tegorocznych jesiennych miesięcy upływa nam pod znakiem pluchy, szarych, ciężkich chmur i zimnych podmuchów Orkanu  Grzegorza i jego słabszego, ale nie mniej wrednego, wietrznego rodzeństwa. Nie jest do dla mnie łatwy czas, czuję się przygnębiona i wiecznie zmarznięta. Jest jednak ktoś, kto takiej aury nie lubi chyba jeszcze bardziej niż ja. Tak, zgadliście, tym kimś jest mój pies.

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze byłam na etapie poszukiwania psa dla siebie, jednym z głównych kryteriów rasy idealnej, był dla mnie krótki włos. Po doświadczeniach z imponującą, ale wiecznie kołtuniącą się sierścią rodzinnego owczarka szetlandzkiego, wiedziałam, że regularne wyczesywanie psa to czynność, której nie znoszę i której za wszelką cenę chcę uniknąć. Krótki włos whippeta oraz brak podszerstka to dla mnie opcja doskonała –Wally nie wymaga praktycznie żadnej specjalnej pielęgnacji, po kąpieli schnie w tempie błyskawicy i nie wydziela typowego zapachu mokrego psa vel mokrej skarpety. Jednak wszystkie te cechy perfekcyjnego psiego kanapowca, wiążą się również z pewnymi ograniczeniami. Mianowicie, ten rodzaj sierści nie stanowi absolutnie żadnej ochrony przez niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi.

W kwestii tolerowania kaprysów jesieni, Wally jest typowym przedstawicielem swojej rasy. Oczywiście, zdarzają się zapewne chlubne wyjątki, whippety, które równie chętnie i ochoczo spacerują w słońcu, w deszczu, w błocie, z wiatrem i pod wiatr. Jednak większość znanych mi chudzielców zgodnie twierdzi, że jesień nadaje się jedynie do przespania jej na miękkiej kanapie. Najlepiej w towarzystwie miękkiego kocyka i co najmniej dwóch poduszek. Nie bez powodu, drugim imieniem Wally’ego jest „Księciunio”.

Gdy wieje wiatr i zacina deszcz, niewiele pozostaje z charciej gracji, elegancji i entuzjazmu. Wally zamienia się w prawdziwą kupkę nieszczęścia – chudą dupkę podwija pod siebie, cały drży, liche włosy na grzbiecie stają mu dęba. Silniejsze podmuchy wiatru powodują przypadnięcie brzuchem do ziemi na trzęsących się łapkach. Z nieszczęśliwą miną psa okrutnie pokrzywdzonego przez los, idzie w iście ślimaczym tempie, załatwia fizjologiczne sprawy na pierwszym napotkanym trawniku, po czym obraca się na pięcie i z całych sił ciągnie z powrotem do domu. Każda próba skłonienia go do przejścia się choćby chwileczkę, choćby jeszcze kawałeczek, spotyka się z oporem godnym obrońcy większej sprawy, zapieraniem się wszystkimi czterema łapami i błagalnym patrzeniem w oczy.

Typowa jesienna radość życia...


Jak zatem przetrwać te jesienne miesiące? Wally na to pytanie odpowiedział bez cienia ironii: „proponuję zaszyć się w miłym domku na hawajskiej plaży”. Jeśli jednak akurat dziwnym trafem nie dysponujecie takową nieruchomością, nie załamujcie się, jest jeszcze jedna opcja, a jest nią… gustowna kurteczka. Tak, tak, wiem – jeszcze nie tak dawno temu perspektywa ubierania psa we mnie również budziła pełen politowania uśmiech. A dziś? Dziś zacieram rączki i dyskutuję ochoczo z najzdolniejszą Olą Kowal z Bzika (www.bzik-studio.pl) wybierając nowy fason sportowej kurtki, czy materiał na milutką, ciepłą kamizelkę. A później idziemy z Wallym na spacer, dumnie prezentując nowy outfit na sezon jesień/zima, śmiejąc się prosto w twarz jesiennej zawierusze i puszczając oko do zaciekawionych przechodniów. Wraz z rozwiązaniem problemu mokrego futerka i zmarzniętego, łysego brzuszka, znikają psie fochy, wraca dobry nastrój i chęć eksplorowania świata.

*


Jeśli więc i Wasze psy nie przepadają za humorami Pani Jesieni i najchętniej zapadłyby w zimowy sen, warto zastanowić się nad wyposażeniem ich w dodatkową ochronę przed zimnem. Piesek w płaszczyku może i wygląda nieco komicznie, ale za to humoru nie zepsuje mu nawet listopadowa aura. A ta przecież w naszym kraju trwać może nawet do kwietnia. Zatem kurtki na grzbiety, Panie, Panowie i Psy! Życzymy Wam świetnych, jesiennych spacerów!





8/26/2017

MISSION IMPOSSIBLE?, CZYLI O TYM, CZY DA SIĘ "WYBIEGAĆ" WHIPPETA

MISSION IMPOSSIBLE?, CZYLI O TYM, CZY DA SIĘ "WYBIEGAĆ" WHIPPETA
Photo by: Halina Uzdowska


- Ojej, chart, ja to bym na pewno nie dał rady go wybiegać.
- Ale on chyba musi bardzo dużo biegać, prawda?
- To musi Pani mnóstwo czasu z nim biegać!

Kwestia „wybiegania” charta odmieniana jest przez wszystkie przypadki w większości codziennych rozmów, które prowadzę z napotkanymi osobami. A rozmów tych jest dość sporo. Po pierwsze dlatego, że, mimo, iż popularność whippetów ostatnimi czasy bardzo wzrosła, a Warszawa staje się prawdziwym skupiskiem tej rasy, dla przeciętnego Kowalskiego chart wciąż jest psem nieco dziwnym i przykuwającym uwagę. Swym wyglądem odbiega od prototypowego wyobrażenia o psie – ma dziwacznie długie łapy, żyrafią szyję, wywinięty pod siebie ogon. No i oczywiście jest chudy. Po drugie, lubię rozmawiać z ludźmi, a o psach mogę gadać godzinami – chętnie więc odpowiadam na zaciekawione spojrzenia, staram się udzielać odpowiedzi na pytania, obalać mity.

Między innymi mit o tym, jak to opiekun charta ma ciężko, bo przecież „wybieganiu” whippeta podołać może tylko maratończyk. Z mnóstwem wolnego czasu.


Nie lubię słowa „wybieganie”. Mam wrażenie, że dla większości ludzi oznacza ono zabieranie psa na wielogodzinne biegi przy rowerze (niezależnie od fizycznych możliwości psa, jego wieku, czy właściwości terenu), nieskończoną liczbę rzutów piłeczką, którą pies ma przynosić bez końca lub wrzucanie psa w gromadę różnych, niekoniecznie sympatycznych psów, żeby się z nimi „wyszalał”. Generalnie chodzi o to, aby wyczerpane mięśnie odmówiły posłuszeństwa i pies po powrocie do domu padł bez życia. Pies wybiegany, to pies zmęczony, czyli szczęśliwy, czyż nie? Nie do końca. Osobiście staram się raczej męczyć Wally’ego intelektualnie – spacery w nowe miejsca, praca węchowa, ćwiczenie nowych poleceń, spotkania z dobrymi, psimi przyjaciółmi, to mądrzejszy sposób wspólnego spędzania czasu, zapewniający rozwój i naukę zamiast hektolitrów zalewającej mózg i ciało adrenaliny.

Ale, ale, wróćmy do tematu – co z tym bieganiem? Patrząc na whippeta, nie ma się złudzeń – jest on stworzony do pędu. Szczupłe, dobrze umięśnione ciało, głęboka klatka piersiowa, specyficznie zbudowane, długie tylne łapy, o mocnych udach – sylwetka prawdziwego sprintera. No właśnie – SPRINTERA. Czyli biegacza ekstremalnie szybkiego, ale pokonującego krótkie dystanse. I tak właśnie biegają whippety – osiągają zadziwiającą prędkość (nawet ponad 50 km/h!), zapierającą dech w piersiach, ale po kilku przebiegniętych w ten sposób okrążeniach, zatrzymują się, dysząc ciężko i odpoczywają – węszą, eksplorują, rozglądają się, CHODZĄ. Whippet, jak każdy pies potrzebuje ruchu, spacerów w ciekawych miejscach i możliwości poruszania się bez smyczy, samemu nadając swojemu ruchowi tempo, którego akurat potrzebuje. Nie oznacza to jednak wielogodzinnych gonitw po pustych polach. Ba! Nie oznacza to nawet codziennych szalonych sprintów. 2-3 intensywne fizycznie spacery w tygodniu wystarczą, o ile w pozostałe dni zadbamy o stymulację intelektualną.



Mimo, że, obserwując whippeta w pełnym pędzie, widać, że wyścigi z wiatrem to jego absolutna pasja i największa życiowa przyjemność, nie jest to wcale nieposkromiony maniak, który nie zatrzymuje się nigdy. Tak jak KAŻDY pies, potrzebuje on zarówno możliwości swobodnego ruchu, jak i wyzwań dla intelektu. Zapewniając mu wszechstronny rozwój, w domu cieszyć się będziemy typowym Królem Leniuchowania. W końcu, każdy musi kiedyś odpocząć, prawda? :)

Z najlepszą przyjaciółką
Whippet, który CHODZI i WĘSZY?! ;)
Wizyta w kawiarni

Typowy, domowy Wally



7/26/2017

MŁODY - GNIEWNY

MŁODY - GNIEWNY


Drodzy Państwo, stało się. Na nic zdało się zaprzeczanie, wypieranie, dziwienie się, na nic nawet próba obrócenia wszystkiego w żart. Stało się i już. Szczeniaczek zmienił się… w nastolatka.

Przecież dopiero co był takim małym, uroczym dzieckiem! Cieszącym ryjek do świata, do ludzi i psów, przyjaznym i milutkim, przyjmującym z entuzjazmem wszystko, co los miał mu akurat do zaoferowania. Ale niestety, czas nieubłaganie upływa, a wraz z nim psie ciało rośnie, a zawartość mózgu w mózgu jakby maleje.

Okres „nastoletni” rozpoczyna się mniej więcej koło 10. miesiąca życia psa i trwa zwykle trochę ponad rok. O „dorosłym psie” możemy mówić, gdy ten obejdzie swoje drugie urodziny – chociaż oczywiście duże znaczenie mają tu różnice indywidualne czy rasowe – niektóre psy dojrzewają szybciej, inne wolniej.

Okres przemiany z rozkosznego, wesołego, przylepionego do swojego człowieka, szczeniaczka, w doświadczonego, mądrego dorosłego, to chyba najtrudniejszy czas z jakim przychodzi nam się zmierzyć w ciągu tych wszystkich, spędzonych razem lat. Dlaczego? Cóż, pamiętacie samych siebie z tych czasów? A może macie dzieci w tym wieku? Odwołam się do tych Waszych nastoletnich doświadczeń. Przypomnijcie sobie te czasy. Czasy, gdy czuliście się tacy dojrzali, a jednocześnie tak niezrozumiani przez świat dorosłych. Czasy szkolnych miłości do grobowej deski, prawdziwie znienawidzonych, równie nastoletnich wrogów, czasy wielkich kłótni o małe sprawy, trzaskania drzwiami, łez przelanych nad spotykającą tylko Was niesprawiedliwością, radości tak wielkich, że czas stawał przez chwilę w miejscu. Czasy wspominane teraz z uśmiechem, ale wtedy emocjonalne i trudne.
Dla psów to równie niełatwy okres – w końcu tyle razy mówiłam Wam już, że nasze mózgi są do siebie podobne, prawda?


JAK TO WYGLĄDA U NAS?

Niedawno obchodziliśmy pierwsze Wally’askowe urodziny i mam wrażenie, że to był u nas moment przełomowy. Psi móżdżek został starannie zapakowany do pudełka, a pudełko, szczelnie zaklejone kilkoma warstwami taśmy, zagubiło się gdzieś na dnie szafy. Miejmy nadzieję, że cudownie odnajdzie się przy okazji kolejnych urodzin. A na razie zaszczytną rolę zaginionego mózgu przejęły… no cóż, jajka. Testosteron nie jest generalnie najlepszym doradcą. Szczególnie w przypadku młodego psa, który wciąż niewiele o życiu wie, niewiele z tego wszystkiego rozumie, za to został już wyposażony w całkiem dorosłe ciało.

I tak zaczęło się prawdziwe zainteresowanie płcią przeciwną. Dziewczyny to już nie tylko świetni kumple do zabawy – naprawdę interesujące stały się zapachy spod ogona. Spacery, nawet te krótkie, znacznie się wydłużyły – co trzy kroki Młody zatrzymuje się i baaardzo powoli, baaardzo dokładnie wącha. Obserwując go, mogę ze 100% pewnością określić gdzie niedawno siusiała akurat atrakcyjna suczka – z tego miejsca nie sposób go odwołać czy odciągnąć, wącha, lekko się ślini, wylizuje, a na końcu podnosi głowę, patrząc błędnym wzrokiem, z drgającą z emocji szczęką.

W ogóle dużo w nim ostatnio emocji. Emocji silnych, z którymi nie potrafi sobie jeszcze poradzić. Na stawiane przez nas ograniczenia reaguje złością, próbuje przeforsować swoje zdanie patrząc wyzywająco w oczy, szczekając, warcząc. A za chwilę przytula się, łaknie kontaktu, jakby mówił „przepraszam mamo, nie wiem, co we mnie wstąpiło”. Łatwo się ekscytuje, dużo trudniej wycisza. Ludzie nie są już taką atrakcją jak wcześniej – wcześniejszą miłość do każdego przechodnia, zastąpił chłodny dystans do obcych. Pojawiły się też pierwsze konflikty – nieznajome psy, z którymi Wally nie ma ochoty się spotykać, dowiadują się o tym dość dobitnie, poprzez darcie paszczy i irokeza na karku, ustawionego z lichych, whippecich kłaczków.


CO TERAZ, JAK ŻYĆ?

Na pewno nie będzie nam teraz łatwo. Przyjdzie nam zderzyć się z falą emocji, głupoty i głuchoty, buntu i złości. Sytuacje do tej pory zwyczajne, mogą okazać się nagle trudne do przeżycia. Umiejętności, nawet dobrze wyuczone i utrwalone, będą się gdzieś ulatniać, zostawiając w główce pustkę i hulające przeciągi. Nie raz opadną nam ręce i nogi, nie raz będziemy przełykać żal i wstyd, nie raz krew będzie nam wrzała z gniewu i bezsilności…

Cóż nam pozostało? Oddychać głęboko i usilnie starać się ZROZUMIEĆ, jak psu jest ciężko, jak mało jeszcze wie, a jak dużo odczuwa. Odpuścić mu trochę, nie wymagać niewiadomo czego, ale wyznaczać granice, wskazywać dobre zachowania i sowicie nagradzać słuszne decyzje. Unikać sytuacji zbyt trudnych, które niepotrzebnie psa pobudzają, utrwalając złe wzorce. Dawać mu wsparcie i mnóstwo miłości, spędzać razem miłe chwile, uczyć wyciszania się i odpoczynku. I oczywiście spotykać się z dorosłymi, mądrymi psami, które o życiu wiedzą znacznie więcej, a na młodzieńczą głupotę reagują pobłażliwym wzruszeniem ramion i zdecydowanym doprowadzeniem krnąbrnego dzieciaka do porządku.

Trzymajcie za nas kciuki, przed nami bardzo trudny czas!

*


A jakie Wy macie doświadczenia z Młodymi-Gniewnymi?




5/30/2017

KRÓTKI TEKST O ZAUFANIU

KRÓTKI TEKST O ZAUFANIU


Gdyby ktoś zapytał mnie, co uważam za najistotniejsze w budowaniu relacji z psem, odpowiedziałabym: „ZAUFANIE”.  Zresztą tyczy się to każdej relacji, również międzyludzkiej! Bo czy jesteście w stanie wyobrazić sobie bez niego dobrą, silną więź? Ja nie. Dlatego też w swojej pracy z psio-ludzkimi ekipami, budowanie ZAUFANIA zawsze stawiam na pierwszym miejscu.



Co to właściwie jest to „ZAUFANIE”? Słownik języka polskiego PWN podaje taką oto definicję:
  1. przekonanie, że ktoś nie oszuka i nie zrobi niczego złego
  2. przekonanie, że czyjeś słowa, informacje itp. są prawdziwe
  3. przekonanie, że ktoś posiada jakieś umiejętności, zdolności itp. i potrafi je odpowiednio wykorzystać


Myślę sobie, że w dobrej relacji z psem, ZAUFANIE, którym może on nas obdarzyć integruje wszystkie te trzy elementy.

Po pierwsze pies powinien czuć się przy swoim człowieku pewnie i bezpiecznie, wiedzieć, że on nigdy go nie skrzywdzi i nie pozwoli na to nikomu innemu.

Po drugie, człowiek prawdziwy, to człowiek czytelny i przewidywalny. Taki, który potrafi ze swoim psem dobrze się komunikować, jasno wyrażać swoje zamiary i oczekiwania, być uważnym na psie komunikaty i odpowiednio na nie reagować.

Po trzecie, człowiek ma umiejętności, których pies nie posiada i psy o tym doskonale wiedzą. Co więcej, potrafią zwracać się do nas o pomoc, czy to w przypadku czynności, których nie są w stanie fizycznie same wykonać („człowiek, wyjmij mi tę piłeczkę spod szafy!”), czy w sytuacjach zbyt trudnych emocjonalnie, kiedy proszą nas o wsparcie i ochronę.



W dobrej, opartej na ZAUFANIU, relacji obie strony czują się ze sobą dobrze i pewnie. Wiedzą, że razem mogą więcej, mają wzajemne wsparcie, znają się dobrze, rozumieją i akceptują się swoje charaktery, zalety i wady, możliwości i ograniczenia. Z drugiej jednak strony każdy chce pracować nad sobą, przezwyciężać swoje słabości, aby sprawić radość i dać coś dobrego tej drugiej istocie.
Pies, który ufa swojemu człowiekowi, który wie, że zawsze ma jego akceptację i wsparcie, stara się przełamywać swoje lęki, zachowywać się tak, aby wywołać uśmiech na ludzkiej twarzy. I to jest dla mnie najcudowniejsza część ludzko-psiej przyjaźni, o którą warto walczyć do upadłego.



Żyjąc z Wallym od początku stawiam właśnie na budowanie wzajemnego ZAUFANIA. Daję mu dużo wolności i możliwości podejmowania samodzielnych decyzji, ale jednocześnie jestem blisko, służę pomocą i wsparciem, staram się kontrolować sytuację, aby nie stała się zbyt trudna. Cieszę się jego sukcesami i nie rozpamiętuję błędów. Pracuję nad własną cierpliwością i spokojem i mimo, że czasem ponoszę na tym tle porażkę, nie poddaję się, bo wiem, jak ważne jest, abym to ja równoważyła jego szybki, zero-jedynkowy temperament i tendencję do „najpierw działam, potem myślę!”. Unikam wrzucania go w miejsca i środowisko, w którym będzie czuł się źle czy niepewnie. A jednocześnie razem przeżywamy mnóstwo przygód, poznajemy nowe miejsca, nowych ludzi, nowe psy, nowe przedmioty. Świetnie się razem bawimy. A często też razem nic nie robimy. Tylko jesteśmy, tak po prostu.

Wally kończy wkrótce rok, a ja pękam z dumy obserwując jak rozwija się nasza relacja, jak coraz lepiej wzajemnie się rozumiemy, jak dobrze nam w swoim towarzystwie. Widzę, że bardzo stara się spełnić moje oczekiwania i robię wszystko co w mojej mocy, aby zaspokajać jego potrzeby. O więzi, którą zbudowaliśmy myślę zdecydowanie jak o wielkim sukcesie, chociaż oczywiście jesteśmy wciąż na początku drogi. Ale hej! żadna droga nam niestraszna, kiedy jesteśmy razem!



*


Pracujcie nad budowaniem ZAUFANIA w relacji ze swoim psem, Kochani. Widok psiaka biegnącego właśnie do Was i ufnością w oczach i uśmiechem na pysku to coś absolutnie niepowtarzalnego. Dla mnie to najczystsza więź pod słońcem. Prawdziwa, codzienna magia.








5/05/2017

MAM BZIKA NA PUNKCIE... BZIKA! - RECENZJA OBROŻY I KOCYKA MARKI BZIK

MAM BZIKA NA PUNKCIE... BZIKA! - RECENZJA OBROŻY I KOCYKA MARKI BZIK


Przyznaję się bez bicia – absolutnie uwielbiam kupować psie akcesoria. Gdy widzę nowe, kolorowe obroże, szelki i smycze, mięciutkie legowiska, czy artystyczne woreczki na przysmaki, świecą mi się oczy i od razu mam wrażenie, że właśnie TEGO do tej pory ABSOLUTNIE mi brakowało. Poza tym, czy może być większa przyjemność niż podziwianie swojego ukochanego psiaka w nowej, pięknej stylizacji? No pewnie, że nie! P. wzdycha w takich sytuacjach ciężko i przemawia głosem irytująco pełnym rozsądku: „przecież Wally ma już podobny  >>tu wpisz nazwę dowolnego psiego produktu<< ”. A ja albo zużywam całą swoją wątłą siłę woli starając się oprzeć zakupowej pokusie, albo z największą powagą tłumaczę ukochanemu Mężowi, że przecież takiego jeszcze nie ma, a jakie to będzie użyteczne!


Dlatego nie posiadałam się z radości, kiedy Ola Kowal, manager, dyrektor kreatywny i krawiec w jednej osobie, zaproponowała Wally’emu przetestowanie nowych produktów firmy BZIK, a mnie zebranie naszych wspólnych wrażeń w jedną krótką recenzję.

Nie wiem czy w charcim świecie znajdzie się ktoś, kto nigdy o BZIKu nie słyszał. W ich najwyższej jakości, kolorowych, szytych na wymiar ubrankach przechadzają się chude zmarzluchy w  całej Polsce. BZIKowa kurtka dzielnie chroniła przed zimowymi mrozami również białą dupkę Wally’ego i byłam z niej naprawdę zadowolona. Teraz firma wprowadza na rynek nowe produkty, tworzone wciąż ze szczególną myślą o chartach, jednak na pewno nie wyłącznie dla nich.


OBROŻA ACTIVE

Linia obroży ACTIVE stworzona jest dla psów spędzających czas aktywnie, w różnych warunkach atmosferycznych i okolicznościach przyrody. Jak dowiedziałam się od Oli, materiał z jakiego jest uszyta, to „kodura z pokryciem i o niskiej gramaturze – turbo odporna na przetarcia czy zaciągnięcie”  A więc niestraszne powinny jej być deszcz, brud, błoto, gałęzie krzaków czy psie zęby.

Obroża występuje w dwóch rozmiarach: MINI (dla charcika włoskiego - szerokość obroży 3 cm, obwód szyi 21-28 cm ) oraz MIDI (dla whippeta - szerokość obroży 4 cm, obwód szyi 29-38 cm).  Ma regulowany obwód i zacisk typu martingale, zakłada się ją psu przez głowę. Wariacji kolorystycznych pojawia się w ofercie coraz więcej, my wybraliśmy sobie wersję ACTIVE BLUE, grafitowo-niebieską.



To, co rzuciło mi się w oczy na początku to wysoka jakość wykonania. To obroża, która nawet jeszcze przed wzięciem jej do ręki, sprawia wrażenie bardzo trwałej. Materiał jest gruby i sztywny, kojarzący mi się z wierzchnią warstwą zimowej kurtki, szwy porządnie wykonane, sprzączki szerokie, nity duże. Całość wygląda jak sprzęt dla zawodowego sportowca – minimalistyczna forma, trwały materiał, wyglądający na mało brudzący się i łatwy w czyszczeniu – o tym zresztą również zapewniła mnie Ola :) Użyte materiały sprawiają, że obroża jest cięższa od innych, które mamy w swojej kolekcji, nie zauważyłam jednak, żeby w jakikolwiek sposób przeszkadzało to Wally’emu – zakładałam mu ją bez problemu, jej noszenie nie wywoływało u niego żadnych negatywnych reakcji.



Obrożę testowaliśmy dzielnie zarówno w miejskiej dżungli, jak i podczas majówki, na górskich trasach, zmagając się z kapryśną pogodą, zróżnicowanym terenem i szalonymi pomysłami nadwornego testera :) Wally w obroży na szyi biegał, tarzał się, spał, moknął, bawił się z innymi psami… I wszystkie te próby nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Po wypraniu w pralce wygląda jak nowa – zresztą, mniejsze zabrudzenia da się łatwo zmyć gąbką z wodą i mydłem.



Jedyna uwaga, która przyszła mi do głowy, dotyczyła braku miejsca przeznaczonego do doczepienia adresówki. Ja doczepiłam ją do sprzączki, ale ze względu na jej grubość, trochę się z tym męczyłam. Podzieliłam się jednak tym spostrzeżeniem z Olą, która przyznała mi rację – przy obrożach pojawią się małe półkółeczka – specjalne miejsca dla adresówek. To się nazywa wyjście naprzeciw potrzebom klienta!


KOCYK

Drugim produktem, który mieliśmy przyjemność testować był dwuwarstwowy kocyk, zdecydowany must have dla psów takich jak mój Księciunio, którego chude, łyse ciałko odmawia leżenia na twardych powierzchniach, i który lubuje się w miękkich, milutkich tkaninach.



Kocyk składa się z dwóch, odmiennych warstw – z jednej strony mamy znów gruby, wodo- i pazurkoodporny materiał w różnokolorowe jelonki (które absolutnie mnie urzekły), zaś z drugiej zielony, mięciutki polarek. W związku z tym, kocyk nadaje się zarówno do rozłożenia na ziemi czy podłodze, jak i do zakopania się pod nim na kanapie. Jego wymiary to ok. 100cm/70cm, po złożeniu zmieścił się bez problemu do mojego niewielkiego plecaka, razem z innymi potrzebnymi gadżetami górskiego turysty. Wally zakochał się w nim od początku, a co najważniejsze, dzięki temu mógł spokojnie odpocząć  na podłodze w górskim schronisku, czy spać na twardej drewnianej ławie. Przy okazji skorzystały też ludzkie pośladki – miło było usiąść na mokrej trawie i wciąż mieć suche spodnie :)

Kocyk, po kontakcie z deszczem, zabłoconymi łapkami, brudnymi spodniami i mokrą trawą, wylądował w pralce wraz z obrożą i również wyszedł z tego bez szwanku – znów jest czysty, pachnący i mięciutki.


*


Podsumowując, nowe produkty BZIKa również udowadniają, że drugim imieniem firmy jest JAKOŚĆ. Wykonane są na najwyższym poziomie, nie ma tu mowy o niedociągnięciach, jeśli produkt w założeniu ma być trwały to możemy być pewni, że posłuży niejeden sezon.

Jestem miłośniczką chartów, zachwyca mnie siła, szybkość i wytrzymałość ich, na pozór, chudego, drobnego ciała. Dlatego sportowy, minimalistyczny design to coś co bardzo pasuje do mojego osobistego postrzegania tych psów. A kiedy urodzony sprinter wraca z aktywnego, pełnego szaleństw spaceru, idealnie sprawdzi się milutki, miękki kocyk, w który można wtulić główkę i radośnie udać się w objęcia Morfeusza :) We wszystkich tych przyjemnościach może towarzyszyć nam BZIK!

Wraz z Wallym bardzo dziękujemy Ci, Olu, za możliwość testowania tych nowych cudowności! Nasza przygoda z BZIKiem na pewno się tu nie skończy. A Wam wszystkim rozpoczęcie tej przygody, z czystym sercem, polecamy!




PS. Wally został twarzą obroży ACTIVE BLUE – jego zdjęcia znajdziecie na stronie BZIKa, np. klikając w TEN LINK.





4/14/2017

STADO, CZY RODZINA?

STADO, CZY RODZINA?


Nie dalej jak wczoraj miałam okazję wypić kawę w przemiłym towarzystwie moich dobrych znajomych. Przy okazji poruszaliśmy najróżniejsze tematy, aż w pewnym momencie rozmowa… zeszła na psy :) Tłumaczyłam swój punkt widzenia Krzysiowi, który nigdy nie miał własnego psa, a swoje przekonania opierał na zasłyszanych, powszechnie powtarzanych, bliższych lub dalszych prawdzie, twierdzeniach. I pomyślałam sobie, że warto podzielić się wnioskami z tej rozmowy również z Wami.

Krzyś w swoich pytaniach wielokrotnie powtarzał słowa takie jak: hierarchia, zdominować, znać swoje miejsce, stado, karność. Niewątpliwie lwią część swojego pojęcia o wychowaniu psów czerpał, zupełnie nieświadomie, z teorii dominacji, która, choć od dawna już NIEAKTUALNA i OBALONA PRZEZ SAMEGO JEJ AUTORA, wciąż złośliwie szczerzy kły i rozpycha się w umysłach wielu ludzi.


STADO, ALFA, HIERARCHIA

Wedle teorii dominacji, wilki, żyjąc w stadzie, nieustannie walczą o przywództwo. Samiec Alfa i Samica Alfa, mają liczne przywileje, dostęp do najlepszego jedzenia, a swoją dominację nad resztą osobników okazują siłą. W stadzie co jakiś czas dochodzi do walki o przywództwo, leje się krew, zwycięża najsilniejszy.
Jako, że ludzie mają tendencję do uogólniania, teorię tę szybko przełożono na relacje z psem. I tak powstało przekonanie, że pies traktuje ludzi w domu jak swoje stado i nieustannie chce objąć w nim pozycję Alfa. Zadaniem ludzi jest więc dobitne pokazanie psu jego miejsca w szeregu, zdominowanie go, ustanowienie hierarchii. W jaki sposób? Taki, jak robią to wilki! Wymagając bezwzględnego posłuszeństwa, wszelkie wybryki tłumiąc siłą, jedząc zawsze przed psem…

Problem w tym, że teoria dominacji okazała się błędna i to już w samych swoich założeniach.


WILCZE STADO TO… RODZINA

Obserwacja dzikich wilków, żyjących w swoim naturalnym środowisku, w przeciwieństwie do badań nad wilkami wrzuconymi w sztucznie stworzone warunki, które to były podstawą do stworzenia teorii dominacji, pozwoliła na zupełnie nowe odkrycie. Okazało się, że stado, w którym żyją wilki, to rodzina, w której rozmnażają się tylko rodzice, a resztę ekipy stanowią ich dzieci. I tak jak w ludzkich rodzinach synowie nie szukają okazji do walki z tatą o przywództwo lub rolę męża mamy, tak samo w wilczym stadzie nie ma takiej potrzeby. Role i relacje kształtują się naturalnie, każdy zajmuje się tym, w czym jest najlepszy. Wilki, tak jak psy, są naprawdę świetnymi rodzicami – pełnymi cierpliwości i wyrozumiałości dla szczenięcych wybryków. Maluchy w takim stadzie mają pozwolenie na beztroską zabawę, mogą bezkarnie zaczepiać dorosłych, jedzą najlepsze jakościowo fragmenty pożywienia. Wiadomo, młodzież to przyszłość, trzeba zadbać o jej prawidłowy rozwój! Niektóre osobniki po jakimś czasie odchodzą, aby założyć własną rodzinę, inne zostają z rodzicami do końca życia. Dostrzegacie analogię? :)


PIES ŻYJE W RODZINIE, NIE W STADZIE!

 I tu dochodzimy do sedna. Twierdzenie, że pies postrzega nas jako swoje stado, w którym chciałby wywalczyć sobie dominującą pozycję, jest zwyczajnie błędne. Skoro nawet w wilczej naturze leży tworzenie dobrze funkcjonującej, wspierającej się wzajemnie i dającej duże szanse na przetrwanie, rodziny, to co dopiero w przypadku psa, udomowionego i związanego z człowiekiem od tysięcy lat! Pies żyjący w domu, wśród ludzi, a niejednokrotnie również innych zwierząt, traktuje ich jako swoją rodzinę, w której role są ustalone naturalnie. My nie walczymy z naszymi rodzicami, partnerami czy dziećmi o pozycję w hierarchii. Czy ktoś w ogóle myśląc o swojej rodzinie zastanawia się kto kogo dominuje? Raczej nie. Wszyscy natomiast zdają sobie sprawę z wzajemnych zależności, ze swoich obowiązków, wiedzą jakie relacje łączą ich z każdym członkiem rodziny, mają różne wspólne rytuały. Pies funkcjonuje bardzo podobnie. Obserwuje nas bardzo wnikliwie, zna codzienny rytm życia rodziny. Dokładnie wie kto czego od niego wymaga, kto zawsze ma ochotę się bawić i przytulać, kto poczęstuje smakołykiem, jeśli się ładnie poprosi, kto wpuści do łóżka, a kto zgoni z kanapy. Co więcej, pies, który prawidłowo rozwijał się pod opieką swojej mamy, ale i w otoczeniu ludzi, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, kto jest psem, a kto człowiekiem. Dlatego założenia, że pies widzi w nas innego samca czy samicę, których trzeba zdominować, zupełnie nie mają potwierdzenia w realnym życiu. Pies po prostu lubi być psem w swojej ludzkiej rodzinie, czuje się w niej bezpiecznie, zna domowników,  wie, gdzie czeka na niego pełna miska, gdzie może odpocząć i co zrobić, żeby zasłużyć na uwagę czy pochwałę, a jakie zachowanie budzi niezadowolenie.


PIES SŁUCHA TYLKO MNIE, BO JESTEM NA CZELE HIERARCHII!

Faktycznie czasem zdarza się, że pies świetnie współpracujący i wykonujący chętnie wszystkie polecenia jednego z domowników, prawie zupełnie ignoruje polecenia innych członków rodziny. Czy to oznacza, że pies ostentacyjnie dominuje w stadzie, uznając tylko jednego „pana”? Wcale nie. Najczęściej taka sytuacja ma miejsce z trywialnego powodu. Po prostu, ta jedna osoba poświęca więcej czasu na pracę z psem, uczy go nowych rzeczy, jest konsekwentna, a jej komunikaty są dla psa czytelne i zrozumiałe. To, że pies potrafi prawidłowo zareagować na polecenie wyćwiczone z jedną osobą, nie oznacza, że zrobi to tak samo z kimkolwiek innym, tak samo jak umiejętność zaprezentowania pięknego „siad!” w domowym zaciszu nie daje pewności, że pies elegancko usiądzie również w parku pełnym zapachów, ludzi, psów i innych rozproszeń. Jeżeli więc zależy Ci na tym, aby na Twoje „do mnie!” pies biegł do Ciebie ile sił w łapach, musisz z nim to wyćwiczyć. TY SAM, OSOBIŚCIE. Każdy inny członek rodziny również. I żadna pozycja w hierarchii nie ma tu nic do rzeczy.


*



Wierzę, że słowa mają wielką moc, bo to one kształtują i porządkują nam rzeczywistość. Dlatego tak ważne jest to, jakich słów używamy opisując relację z naszym psem. Stado, hierarchia, dominacja to słowa negatywne, przestarzałe i prowokujące do błędnego myślenia i krzywdzących działań. Zamieńmy je na inne – rodzina, relacja, komunikacja, wychowanie. Może dzięki temu uda się zmienić również sposób myślenia kolejnych osób. I uczynić ten świat pełnym szacunku, wyrozumiałości, zwyczajnie lepszym. Skorzystamy na tym wszyscy – zarówno ludzie, jak i psy! 


3/31/2017

ŚPIJ DOBRZE!

ŚPIJ DOBRZE!


Dzisiaj senny temat, jako, że sen odgrywa ogromną rolę w psim życiu. Pozwala odpocząć ciału i umysłowi, daje czas na regenerację, wspomaga procesy uczenia się, dodaje energii… i jest po prostu bardzo przyjemy! W końcu kto nie lubi porządnie się wyspać?

Na zdrowy sen, zarówno ludzi, jak i psów, składają się kilkakrotnie następujące po sobie cykle, z których każdy dzieli się na dwie główne fazy. Pierwsza faza to tzw. sen wolnofalowy, obejmujący przeważającą część, bo ok. 80% całego, jednego cyklu. W trakcie jej trwania odpoczywa nasz mózg, natomiast ciało czuwa, niektóre mięśnie mogą być napięte.

Druga natomiast to faza REM, w którym mózg pracuje bardzo intensywnie, przetwarzając mnóstwo informacji. W drugiej fazie snu ważne informacje z kory mózgowej są przesyłane do hipokampa – obszaru, który w mózgu odpowiada za pamięć długotrwałą, czyli przechowywanie całej naszej wiedzy, wszystkich wspomnień i nabytych umiejętności. Innymi słowy wszystko to, co przydarzyło nam się w ostatnim czasie oraz to, czego się nauczyliśmy, zostaje utrwalone w mózgu właśnie w czasie snu, a dokładniej w jego drugiej fazie. Ta faza jest krótsza i wymaga dłuższego snu, tak aby nasz mózg miał czas najpierw na odpoczynek, a później na przetwarzanie informacji. Właśnie w drugiej części cyklu snu, zarówno ludzie, jak i psy, mają sny – będące efektem intensywnej pracy mózgu. To też czas w którym głęboko odpoczywa nasze ciało, wszystkie mięśnie są rozluźnione, dlatego wejście w tę fazę wymaga u człowieka pozycji leżącej, u psa zaś swobodnego leżenia na boku, z wyciągniętymi łapami.

Rozluźnienie ciała i wysoka aktywność mózgu doprowadzają czasem do skurczów mięśni – może zdarza Wam się zaobserwować u Waszych śpiących psów szybkie drżenie łapek  czy ogona albo na przykład poszczekiwanie? To znak, że pies wszedł w fazę REM, jego mózg pracuje teraz bardzo intensywnie, wspomnienie Waszego ostatniego wspaniałego spaceru albo udanego treningu zostaje dobrze zapamiętane, a może nawet właśnie coś mu się śni? Ogromnie ważne jest, aby na takie sygnały nie reagować, nie martwić się i nie budzić psa – w przeciwnym razie jego ciało nie będzie w stanie należycie odpocząć i przygotować się do kolejnych aktywności.


Psy różnią się od nas pod względem trybów w jakich śpią. Człowiek z reguły jest aktywny przez cały dzień, zaś w nocy śpi przez 7-9 godzin. Psy natomiast śpią wielofazowo – to znaczy zapadają w sen kilkukrotnie w ciągu doby, na czas znacznie krótszy. Przesypianie całej nocy nie jest dla nich tak naturalne jak dla nas, dlatego nie ma nic dziwnego, ani nienaturalnego w zachowaniu psa, który w środku nocy nagle ma ochotę na spacer czy zabawę – jego drzemka właśnie się skończyła! Oczywiście, psy zazwyczaj dostosowują się do naszego trybu życia. Wally śpi z nami przez całą noc, wstając tylko po to, aby napić się wody, lub zmienić pozycję.

 Co więcej, psy do prawidłowego funkcjonowania potrzebują 14-16 godzin snu na dobę – czyli dwa razy tyle co ludzie! Warto więc pamiętać, że nawet przespana spokojnie noc nie oznacza, że pies, tak jak my, będzie wypoczęty i pełen energii przez resztę dnia.



JAK ZAPEWNIĆ PSU SEN DOBREJ JAKOŚCI?

1.      1. Sen to czynność społeczna
Szczenięta śpią przytulone do siebie nawzajem, lgną też do ciepła matki. Dorosłe, znające się dobrze psy też zazwyczaj wybierają spanie obok sobie. Pozwala im to poczuć się bezpiecznie, zrelaksować się i przestać zachowywać czujność – w grupie zawsze zwiększa się prawdopodobieństwo, że ktoś wyczuje ewentualne zagrożenie i da o nim znać reszcie. Dlatego właśnie psy lubią spać obok nas, układają się obok na kanapie, próbują wejść z nami do łóżka lub chociaż położyć się przy naszych nogach – po prostu w towarzystwie spanie jest przyjemniejsze.

2.       2. Spokój, spokój, spokój 
Czy udało Wam się kiedyś zrelaksować, gdy oczekiwaliście lada chwila dzwonka do drzwi albo powrotu dzieci ze szkoły? Dobry sen wymaga błogiego spokoju. Jeśli pies obawia się, że zaraz wskoczy na niego rozbawione dziecko albo spodziewa się za chwilę zabawy piłką, na pewno nie będzie w stanie spokojnie zasnąć. Ważne jest więc zapewnienie psu na czas spania świętego spokoju.

3.       3.Właściwa temperatura 
Aby się ogrzać, pies zwija się w czasie snu w kłębek. To nic złego, ale taka pozycja uniemożliwia rozluźnienie wszystkich mięśni, a więc wejście w fazę REM. Dlatego warto zastanowić się czy w pomieszczeniu, w którym pies śpi, jest odpowiednio ciepło  - to da psu szansę na przyjęcie dowolnej, swobodnej pozycji.

4.       4. Podłoże 
Psy lubią spać na podwyższeniu. Dzięki temu lepiej widzą otoczenie, mogą rozejrzeć się dookoła, upewnić się, że jest bezpiecznie. Pufa, kanapa czy łóżko chronią też przed chłodem podłogi, a więc psu jest cieplej. Wszelkie miękkie powierzchnie będą też preferować psy takie jak Wally – szczupłe, o bardzo krótkiej sierści, dla których leżenie prawie gołymi kośćmi na twardej podłodze jest po prostu niewygodne.

*

Tak samo jak powinniśmy dbać o własne zdrowie i należyty odpoczynek, dbajmy też o sen naszych psów. Dzięki temu będą zdrowsze, weselsze i pełne energii. Poza tym, przecież nie ma to jak wspólny relaks!

Życzę Wam słodkich snów!










3/15/2017

"DOBRY PIES!", CZYLI PAMIĘTAJ O POCHWAŁACH

"DOBRY PIES!", CZYLI PAMIĘTAJ O POCHWAŁACH


Jest jedno zachowanie, które bardzo często na pierwszy rzut oka (a właściwie ucha) odróżnia trenera psów od jego klienta. Są to głośne, wesołe i entuzjastyczne okrzyki „dobry pies!”, powtarzanie jak mantra, wciąż na nowo. Chwalenie psa za jego fajne, pożądane działania to, moim zdaniem, jedno z najważniejszych elementów szkolenia, a niestety właśnie o tym ludzie najczęściej zapominają. Dlaczego? Zła wiadomość – tak jest skonstruowany nasz mózg. Dobra? Można się tego nauczyć, a efekty są nie do przecenienia!


Amerykański psycholog Paul Ekman, znany ze swoich badań nad emocjami, prowadzonych w wielu krajach, na całym świecie, wyróżnił sześć tzw. emocji podstawowych. To wykształcone na drodze ewolucji emocje uniwersalne, czyli takie, które wyrażają w ten sam sposób wszyscy zdrowi ludzie, niezależnie od miejsca czy kultury w której żyją. Co więcej, te emocje odczuwają również zwierzęta.

Są to: radość, smutek, gniew, zaskoczenie, wstręt i strach.

Zauważyliście, że tylko jedna z emocji uniwersalnych, pierwotnych, w które wyposażyła już naszych przodków natura, jest emocją pozytywną? Niestety, z punktu widzenia ewolucji, to właśnie odczucia negatywne ułatwiały przetrwanie – skłaniały do ostrożności, podejrzliwości, a w sytuacjach kryzysowych mobilizowały do walki lub ucieczki. I mimo faktu, że w dzisiejszych czasach mało kto musi ratować się przed drapieżnikami, polować lub sprawdzać za pomocą zmysłów czy znalezione pożywienie nie jest zepsute i trujące, nasz mózg wciąż jest szczególnie wrażliwy na płynące z otoczenia informacje negatywne.

Konsekwencje takiego stanu rzeczy są dla nas często trudne i przykre. Codzienne, sumienne wywiązywanie się z obowiązków nie jest zauważane i doceniane tak często, jak pojedynczy, popełniony wyjątkowo, błąd – ten zostaje wyłapany natychmiast i możemy być pewni, że nie pozostanie on bez komentarza. Przyniesione za szkoły świadectwo pełne piątek oraz jedna, nieszczęsna trója z matmy? Ciekawe na czym skupią się rodzice… Podobnie jest z uczeniem psa różnych poleceń. Zapomnieć o reprymendzie za brak pożądanego zachowania? Co to, to nie. A pochwała za wzorowe wykonanie ćwiczenia jakoś często ucieka nam z głowy. Bo przecież to powinna być norma!

Taka wrażliwość na negatywne bodźce prowadzi też do szybkiego spadku motywacji. Wystarczy jeden nieprzychylny komentarz dotyczący naszych cech czy umiejętności i zaraz stwierdzamy, że zupełnie do niczego się nie nadajemy, nic nam się nie udaje, więc w ogóle nie ma sensu się wysilać. Natomiast, aby naprawdę uwierzyć  w swoje mocne strony, potrzebujemy wiele razy powtarzanych wyrazów wsparcia, pochwał i dobrych słów.

Moc negatywnych komunikatów jest, niestety, trzykrotnie większa niż komunikatów pozytywnych. To znaczy, że jeśli nie chcecie obniżyć nastroju drugiej osoby krytykując jedno jej działanie, musicie dodać  aż trzy pochwały dotyczące innych jej cech czy zachowań. W bliskich relacjach, przyjaźni czy miłości, stosunek komunikatów pozytywnych do negatywnych powinien wynosić aż 5 do 1! Dopiero wtedy druga strona czuje się doceniana, kochana i wartościowa.

Warto o tym pamiętać budując relację z psem. Jeżeli zależy nam na silnej więzi, opartej na zaufaniu i przyjaźni, jeżeli chcemy mieć radosnego psa, pewnego siebie, wierzącego w swoje możliwości i chętnie reagującego na nasze komunikaty, MUSIMY pamiętać o akcentowaniu i docenianiu jego KAŻDEGO fajnego zachowania. Nie zakładajmy, że stosowanie się do naszych poleceń to po prostu norma – to zawsze wymaga od psa skupienia uwagi, często porzucenia innych, znacznie ciekawszych zajęć tylko po to, aby spełnić naszą prośbę. Za taki wysiłek i kawał dobrej roboty chyba należy się przynajmniej ciepłe słowo? To przecież nic nie kosztuje.

*


Mam szczerą nadzieję, że od dziś Wasze psy będą słyszały wesołe i entuzjastyczne „dobrze!”, „brawo!” czy „dobry pies!” dużo, dużo, dużo częściej niż zwykle. Uśmiechajcie się i okazujcie im jak najwięcej radości i akceptacji. Doceniajcie wszystkie swoje fantastyczne sierściuchy. Bo przecież dobra i miłości nigdy za wiele, prawda?


2/20/2017

ZWYCZAJNE SZCZĘŚCIE

ZWYCZAJNE SZCZĘŚCIE


Kolejny szary, mokry dzień – pomyślałam dziś rano, wyglądając przez okno. Ani promyczka wypatrywanego z utęsknieniem słońca, wszędzie tylko plucha, woda, błoto i roztapiające się dowody lenistwa ludzi, którzy przez ostatnie miesiące podczas spacerów z psami woleli przysypać śniegiem niż schylić się i posprzątać. Aura raczej niesprzyjająca szerokiemu uśmiechowi i raźnemu maszerowaniu z uniesioną głową. Aura motywująca tylko do szczelnego owinięcia się kocem i lektury dobrej, choć lekkiej książki z kubkiem herbaty w dłoni. No, ewentualnie zamiast książki może być jakiś niezły serial, zagryziony pizzą z sosem czosnkowym. Bo pizza jest dobra na wszystko, a na takie dni w szczególności.

Problem w tym, że pewnej pary wyczekujących brązowych oczu, argument „kiepskiej aury” nie przekonuje. Brązowe oczy mówią jasno, choć bezgłośnie – pora na spacer, zbieraj się, ile można na Ciebie czekać? Nie ma rady, przecież sama chciałam psa, szybka kawa, kalosze na nogi, kilka psich smakołyków do woreczka i w drogę!

W parku było zaskakująco pusto i cicho, widocznie nie tylko mnie przytłoczyła szarość dzisiejszego poranka. Kałuże po kolana, błoto po kostki, potępieńcze krakanie wron, topiąca się, śliska breja na chodnikach. Krążyliśmy między gołymi krzakami starając się, głównie bezskutecznie, znaleźć ścieżki, którymi da się przejść suchą stopą. Wally dreptał z nosem przy ziemi, kompletnie pochłonięty bogactwem aromatów mokrej, leżakującej przez wiele tygodni pod śniegiem, ziemi. A ja?

A ja coraz szerzej się uśmiechałam. Bo wiecie co? Świat jest taki piękny! Z dnia na dzień zrobiło się cieplej, w powietrzu czuć wiosnę. Szare niebo to ostatni pożegnalny list zimy, zapowiedź słońca i budzącej się do życia przyrody. W parku śpiewają już ptaki! I spotkaliśmy dziś kilka wiewiórek (to akurat poza zapowiedzią nadejścia wiosny, zapowiedź kolejnego wyzwania – czyli jak urodzonego myśliwego nauczyć spokojnego mijania ruchliwych rudych kitek)! Zapach świeżej ziemi uderza nie tylko do psiej głowy. A przedwiosenne błoto też nie jest takie złe – wszak jego wielkim atutem jest to, że nie jest już zimowym śniegiem!

Wróciliśmy z Wallym do domu zrelaksowani, spokojni i zadowoleni. A ja dodatkowo z trochę banalną, ale pozytywną konkluzją – że szczęście składa się z małych, prostych radości, które są wszędzie wokół, wystarczy tylko je zauważyć. A kto może nauczyć nas uważności i wrażliwości na te drobnostki lepiej niż nasze, będące zawsze tu i teraz, spontaniczne i szczere psy? Psy, dla których największą radością jest swobodne hasanie po łące, znalezienie wspaniałego patyka w parku, wylizanie do czysta miski pełnej pysznego jedzenia albo drzemka na kanapie, przy ukochanym człowieku?

Ludzie wciąż i wciąż podejmują próby poszukiwania recepty na szczęście, nadając im różne nazwy i tworząc kolejne teorie. Moja teściowa śmiała się ostatnio, że całe życie wstawiała kwiaty do wazonów i zapalała w domu świeczki, żeby było po prostu miło, a ostatnio dowiedziała się, że realizuje tym samym modną duńską filozofię hygge. Mnie spokoju ducha, odnajdowania i doceniania prostych chwil szczęścia codziennie uczy czworonożny, chudy wariat. Przecież gdyby nie on, nie spotkałabym dziś przedwiośnia w parku!



Kochajmy nasze psy i uczmy się od nich. W końcu mamy pod swym dachem prawdziwych ekspertów do spraw szczęśliwego życia – warto czerpać z ich postawy garściami!



2/02/2017

COŚ NA ZĄB

COŚ NA ZĄB


Podłoga usłana strzępami dzisiejszej, nieprzeczytanej jeszcze gazety, nogi stołu fantazyjnie oskubane z wierzchniej warstwy drewna, ulubione skórzane buty ozdobione designerskimi dziurkami, sweter przerobiony w plątaninę wełnianych nitek… A pośród tego całego Armagedonu oczy, których spojrzenie mogłoby roztopić cały Biegun Północny, nie mówiąc o sercu bezradnego człowieka. To sceny mniej lub bardziej znane prawie każdemu opiekunowi szczeniaka. W gardle ściska, ręce opadają i nie wiadomo czy zadusić łobuza na miejscu czy usiąść i zapłakać nad marnym losem kolejnych domowych akcesoriów.


DLACZEGO PIES GRYZIE?

Gryzienie jest dla psa tak naturalną czynnością jak bieganie czy sen. I jest psu równie potrzebne do prawidłowego funkcjonowania! Szczenięta, podczas wyrzynania się zębów, a później ich wymiany na zęby stałe, gryzą, żeby radzić sobie ze swędzącymi, opuchniętymi dziąsłami. To dla nich też sposób poznawania świata – zresztą przecież podobnie robią ludzkie dzieci, wszystkie nowe, ciekawe przedmioty wkładając do buzi.

Jako, że pies jest zwierzęciem społecznym, tak ważna czynność jak gryzienie, musi mieć swoją funkcję w kształtowaniu się psich i psio-ludzkich relacji. Maluchy podczas zabawy gryzą się wzajemnie, podgryzają też swoją mamę – dzięki temu uczą się kontroli siły gryzienia – rodzeństwo piszczy lub oddaje z nawiązką, gdy zostanie ugryzione za mocno, mama przerywa zabawy zbyt ostre i nieprzyjemne. Później ta funkcja przypadnie nam, opiekunom szczeniaka – bo to właśnie na naszych rękach będzie dalej trenował mały urwis, do naszych obowiązków należy również kontrolowanie zabaw z innymi psami i interweniowanie, tak, jak robi to matka, gdy robi się nieciekawie.

Poza tym gryzienie jest dla psa po prostu bardzo przyjemne! Chwytanie, rozrywanie, rozdrabnianie, żucie pokarmu – to jeden z najbardziej pierwotnych instynktów, absolutnie naturalny i dający psom mnóstwo radości.

Ale to jeszcze nie wszystko! Gryzienie pomaga psu się wyciszyć, redukuje stres i napięcie. Może zaobserwowaliście kiedyś, że doświadczając  np. szalonej radości po Waszym powrocie do domu Wasz pies szybko łapie w zęby jakiś leżący blisko przedmiot? Albo wychodząc na spacer chwyta i szarpie za smycz? To właśnie jest próba poradzenia sobie z wybuchem adrenaliny, powrotu ze stanu silnego pobudzenia w stan równowagi i spokoju. Dlatego również wracając do domu zdarza nam się nakryć naszego pupilka zapamiętale obgryzającego meble czy rozszarpującego w drobny mak książkę, którą nieopatrznie zostawiliśmy na niskim stoliku. Samotny pobyt w domu, szczególnie dla młodego, emocjonalnego psa, może być stresujący albo po prostu nudny, z czym próbuje sobie radzić tak, jak potrafi – poprzez wyciszającą zabawę, czyli gryząc, żując, szarpiąc.


JAK SOBIE RADZIĆ Z GRYZĄCYM GAGATKIEM?

Kluczem jest, jak zawsze, spokój, cierpliwość i, co najważniejsze, rozumienie natury psa. Uzbrojeni w wiedzę o istotności gryzienia dla prawidłowego rozwoju, możemy podejmować konsekwentne próby znalezienia złotego środka między koniecznością zaspokajania tej naturalnej potrzeby, a naszym przywiązaniem do ulubionych butów czy nowych mebli.

Po pierwsze, o czym już wielokrotnie wspominałam, postarajmy się wszystkie cenne przedmioty trzymać w miejscach niedostępnych dla psa – zawsze lepiej jest zapobiegać niż później złościć się i żałować strat.

Po drugie, zapewniajmy psu przedmioty, którymi może się bawić i gryźć je do woli. Im więcej różnych materiałów i faktur tym lepiej – to więcej przyjemności, więcej wyzwań dla psich zębów i więcej świata do poznania. A dla nas możliwość obserwowania preferencji naszego psa – Wally najbardziej lubi obgryzać przedmioty drewniane i gumowe o zróżnicowanych fakturach, dużą radość sprawia mu też rozszarpywanie kartonowych pudełek (do których wrzucamy mu wcześniej różne smakołyki), inne psy lubią pluszaki, jeszcze inne miękkie, prujące się materiały lub grube, splecione liny. Możliwości jest wiele, wszystko zależy od naszej pomysłowości!

Wychodząc z domu, ograniczajmy psu dostęp do miejsc, w których mógłby coś zniszczyć – zamykajmy drzwi do łazienki czy pokojów pełnych atrakcji, których lepiej nie zostawiać sam na sam z naszym łobuzem. I znów, zostawiajmy mu coś do swobodnego obgryzania – mogą być to zabawki, ale również smakołyki, których zjedzenie zajmie psu trochę czasu i będzie wymagało spokojnego, długiego żucia i rozgryzania.

Szczeniakowi, który w zabawie próbuje podgryzać nasze ręce, tłumaczmy w zrozumiały dla niego sposób, że sobie tego nie życzymy. Róbmy to tak, jak komunikowali mu to wcześniej bracia i siostry – krzyknijmy „Auu!” i przerwijmy zabawę. Bądźmy konsekwentni, a psiak szybko zrozumie, że takie zaczepki są dla nas nieprzyjemne.


A przede wszystkim bądźmy wyrozumiali! Dajmy maluchowi czas na zrozumienie i poukładanie sobie w tej nieogarniętej, rozemocjonowanej główce domowych zasad. Przełknijmy żal za tym jednym zjedzonym butem – widać niewystarczająco porządnie go schowaliśmy. I pozwólmy psu gryźć! Spójrzcie na te zęby – przecież właśnie do tego zostały stworzone!

Zresztą, zerknijcie na zdjęcie powyżej, przemądrzałej pani trener również zdarzają się spektakularne wpadki, krótkie chwile prawdziwej żądzy mordu i łez nad kompletnie wyskubanym pędzlem do pudru… Ale przecież miłość Ci wszystko wybaczy… Ty paskudny Gryzoniu.



1/02/2017

ŚWIĘTA, ŚWIĘTA...

ŚWIĘTA, ŚWIĘTA...


Końcówka roku wiąże się często z licznymi podróżami, odwiedzaniem rodziny i przyjaciół, spotykaniem wielu różnych ludzi i zwierząt, imprezami do białego rana. Nie jest to z pewnością łatwy czas dla naszych psów. Jako, że dla mnie i Wally’ego to były pierwsze wspólne Święta i pierwszy Sylwester, postanowiłam napisać kilka słów podsumowania – co nam się udało, co było trudne i jak Młody poradził sobie w obliczu tylu nowych wrażeń.


ŚWIĘTA

Okres Bożego Narodzenia spędzaliśmy z rodziną, kursując między domami jednych i drugich rodziców. Wyzwań czekało nas naprawdę dużo. Częste zmiany miejsca i spotykany wszędzie tłum nowych osób to zawsze dla psa niełatwa sytuacja. Wally po raz pierwszy miał okazję spotkać kilkuletnie dzieci – dziwne, małe, ruchliwe i głośne ludziki J W obu domach mieszkają również niemłode już psy, które oczekują głównie świętego spokoju i nie w głowie im szczenięce figle. A dodatkowo głośne śpiewanie kolęd, stoły uginające się pod ciężarem pachnącego jedzenia, migające choinki – od tej liczby bodźców może naprawdę porządnie zakręcić się w psiej główce!

SYLWESTER

Nowy Rok postanowiliśmy przywitać na Mazurach w gronie znajomych z dala od warszawskiego huku sztucznych ogni. Zależało nam na tym, aby Sylwester był spokojny – zarówno dla ludzi jak i psów, bo poza Wallym, bawiła się z nami również Zoja, buldożka francuska. Mimo, że Wally zna Zoję od małego, to spotkanie było już trochę inne – mieliśmy szansę obserwować budzącą się powoli męskość podpowiadającą „Patrz! To jest DZIEWCZYNA!” i pierwsze próby, szczeniackich jeszcze zalotów. A poza tym czekały na nas: najdłuższa do tej pory podróż samochodem, wspaniały, leśny spacer, pierwsze w życiu ognisko (zachwytu raczej nie było), spotkanie z wściekle ujadającymi za płotem wiejskimi psami i znów nowi, wciąż nowi ludzie.


JAK SOBIE PORADZILIŚMY?

Szczerze mówiąc, od początku szykowałam się na najgorszy możliwy obrót spraw. Śmieliśmy się z P., że przecież w życiu zawsze jest tak samo – gdy zależy Ci na nieskazitelnym wyglądzie, zawsze rozwala się fryzura, pęka sukienka, a na nosie wyskakuje pryszcz, piekąc ciasto dla ważnych gości można być pewnym zakalca, a zawsze grzeczne i wesołe dziecko na spotkaniu rodzinnym nie przestaje się awanturować. I my przygotowaliśmy się na to, że Wally „zrobi nam wiochę”. Jakże niesłusznie oskarżyliśmy naszego kochanego pieseczka!

Pojawienie się w nowym miejscu oczywiście za każdym razem mocno go pobudzało, jednak byłam pod ogromnym wrażeniem tego jak szybko potrafił się wyciszyć i spokojnie położyć w kącie kanapy. Kontakty z ludźmi są dla niego ogromną przyjemnością, chociaż oczywiście staram się czuwać nad tym, żeby były one w miarę możliwości spokojne i bezpieczne. Wally bardzo ładnie dogadał się z dzieciakami – nie było łatwo przejść obojętnie obok pędzącej na małych nóżkach trzylatki, ale dobrze utrwalona komenda „odejdź” czyniła cuda – nauczyłam maluchy jak pokazywać psu, że powinien się zatrzymać i odsunąć i obie strony pięknie sobie z tym radziły.

Dużą trudność sprawiało mu spokojne przebywanie w domu z drugim psem – bardzo frustrujący był brak pozytywnej odpowiedzi na zachęty do zabawy i chwilami Wally bywał zbyt natarczywy – w tym miejscu potrzebna była interwencja i to jest zdecydowanie pole do dalszej pracy.

Ogromnie dumna byłam z niego podczas wyjazdu na Mazury – Młody świetnie radził sobie z emocjami, w głośnym, pełnym ludzi pokoju potrafił bez problemu zwinąć się w precelek na kanapie i spokojnie spać, podczas sytuacji trudnych, jak spotkanie groźnie ujadającego zza ogrodzenia psa, szukał u nas wsparcia i wspólnie świetnie daliśmy sobie radę.

Największą trudność wciąż sprawia nam jazda samochodem – niestety, Wally cierpi na silną chorobę lokomocyjną, co sprawia, że samochód, mimo tego, że służy tylko do przejazdu w naprawdę atrakcyjne miejsca, kojarzy mu się źle i budzi duży strach. Czekają nas więc kolejne próby odczarowania tego strasznego automobilu – mam nadzieję, że pomoże nam w tym trochę Karmel – spokojny, mądry pies moich rodziców, moja pierwsza psia miłość, którego wkrótce będziemy gościć u siebie na jakiś czas. Myślę, że dla Wally’ego będzie to również świetna okazja do nauki psiego savoir vivre ;)

*


Ostatnie dni były dla nas naprawdę intensywne i często niełatwe. Jednak przecież to właśnie takie momenty pokazują najwyraźniej nasze mocne strony i elementy, nad którymi trzeba pracować. Jestem naprawdę ogromnie dumna z tego, jak Wally sobie poradził, jak rośnie, jak się zmienia, jak buduje się nasza wzajemna relacja.  I mimo, że przed nami mnóstwo pracy i jeszcze wiele trudnych chwil, jestem przekonana, że na moich oczach dorasta prawdziwy SUPERPIES! 



Wspólny, świąteczny relaks

Wally i Zoja czyli mazurskie high fashion ;)

Księciunio przy kominku

Szalona impreza

Copyright © 2016 Blog DOGłębny , Blogger