12/21/2017

KRÓTKA BAJKA O DWÓCH JAJKACH

KRÓTKA BAJKA O DWÓCH JAJKACH




Oficjalnie, stało się – w połowie listopada wykastrowaliśmy Wally’ego, pozbawiając go raz na zawsze dwu-kulkowego balastu. Zapraszam na krótkie podsumowanie – po co, dlaczego, jak to się stało, jak udało nam się przeżyć okres rekonwalescencji i czy zaszły w naszym życiu jakieś pokastracyjne zmiany.


ALE PO CO?! – WSKAZANIA DO ZABIEGU

Temat kastracji psa jest wciąż kontrowersyjny – wciąż słyszy się głosy mówiące o tym, że kastracja powinna być powszechnym obowiązkiem, związanym z koniecznością ograniczenia rozrodu psów (tu mówi się dużo o bezdomności i przepełnionych schroniskach), zaś z drugiej strony barykady grzmią absolutni przeciwnicy, twierdzący, że kastracja to zabieg nienaturalny, zaburzający gospodarkę hormonalną organizmu. Nie chcę w tym miejscu podejmować na ten temat dyskusji, więc opiszę po prostu, co przemawiało za naszą decyzją.

Po pierwsze i najważniejsze – w naszym przypadku kastracja okazała się obowiązkiem, ze względów medycznych. Wally, mianowicie, był wnętrem – jego jądra w okresie szczenięcym nie zachowały się jak należy, i nie odbyły naturalnej wędrówki z jamy brzusznej do moszny. Zamiast tego ukryły się wygodnie w ciepłym brzuszku i nigdy nie mieliśmy szansy ujrzeć ich na własne oczy. Za to zdecydowanie mogliśmy dostrzec skutki ich działalności, ale o tym za chwilę ;) Wnętrostwo to wada genetyczna, przekazywana z pokolenia na pokolenie – dlatego właśnie wnętry powinny być eliminowane z dalszej hodowli – Wally nie miał więc szans błyszczeć na wystawach, czy zostać ojcem pięknych whippeciątek. Jednak, co najważniejsze, temperatura w jamie brzusznej jest znacznie wyższa, niż w znajdującej się na zewnątrz ciała mosznie, dlatego jądra w takim tropikalnym środowisku, niemalże w 100% przypadków, prędzej czy później, zamieniają się w komórki nowotworowe – i to jest właśnie główny powód, dla którego kastracja wnętrów okazuje się koniecznością.

Mimo, iż wally’askowe jajka ukryte były przed wzrokiem postronnych, dzielnie produkowały testosteron, wspierający trudności związane z wiekiem młodzieńczym i okresem dorastania. Było to widoczne przede wszystkim na spacerach – nawet krótkie wyjścia na tzw. „sikupę” bardzo się wydłużyły, Wally obsesyjnie wwąchiwał się w każde napotkane po drodze siuśki, a towarzyszył temu ślinotok, drżąca szczęka i wzrok zdecydowanie tęskniący za rozumem. Spotkania z suczkami, pełne były nieopanowanych emocji i natrętnego wpychania nosa pod ogon, przy akompaniamencie histerycznego popiskiwania. Absolutny brak kontaktu z rozszalałym mózgiem stał się uciążliwy i trochę przerażający – a przede wszystkim wykańczający dla pogubionego w tym wszystkim psiura. Dlatego właśnie w listopadzie, gdy Wally osiągnął dumny wiek 17 miesięcy, zapisaliśmy się na zabieg w pobliskiej, zaufanej klinice.


KASTRACJA WNĘTRA

Jako, że w przypadku wally’askowego wnętrostwa obustronnego, oba jądra zatrzymały się w połowie swojej drogi, zabieg musiał być poprzedzony badaniem USG – w ten sposób lekarz określił ich dokładną lokalizację, co umożliwiło później precyzyjne i jak najmniejsze nacięcie. W naszym przypadku zabieg był nieco podobny do zabiegu wykonywanego u suczek – należało otworzyć jamę brzuszną i wydostać ukryte tam jajka.

Na operację umówieni byliśmy o 16.30, pies musiał być na czczo. Po odbytej już wcześniej rozmowie z operującym weterynarzem oraz badaniu krwi i serca, które potwierdziły, że Wally jest zdrów jak ryba, zdecydowałam się na narkozę dożylną. Okropnie zestresowana zaprowadziłam Wally’asa do gabinetu, gdzie dostał odpowiednie środki i zasnął na moich rękach. Następnie, nieco roztrzęsiona wróciłam do domu i pozostało już tylko trzymać mocno kciuki. Koło 19.30 odebrałam telefon z kliniki i zostałam poinformowana, że zabieg się udał, a Wally śpi jeszcze snem sprawiedliwego. Po kolejnym telefonie, koło godziny 21.00 pojechaliśmy wraz z P. do kliniki i odebraliśmy naszego psiaczka już wybudzonego – chwiejnie trzymał się na nogach, merdając przy tym szaleńczo ogonem na nasz widok.

Przy okazji okazało się, że kołnierze dostępne w klinice nie sprawdzają się przy dziwacznych charcich wymiarach – mniejszy rozmiar był zbyt krótki dla długaśnego nochala, rozmiar większy natomiast, zbyt szeroki na chudą szyję. Wally został więc ubrany w gustowne żółte wdzianko dla suczek i wrócił z nami do domu.


REKONWALESCENCJA

Najtrudniejsza była oczywiście pierwsza noc po zabiegu – Wally był jeszcze nieco „kopnięty”, trudno było mu zachować równowagę i bardzo chciało mu się pić – na co musieliśmy uważać, bo raptowne picie, przy lekkim odrętwieniu po narkozie może skończyć się wymiotami, a nawet zachłyśnięciem. W środku nocy wybudził się całkowicie i zażądał spaceru. Następnego dnia rano, gdy mógł już spokojnie zjeść, był całkiem zadowolony z życia, podczas gdy ja, po nieprzespanej nocy, wyglądałam i czułam się jak zombie ;)

Przez kolejne dni wychodziliśmy z domu tylko na szybkie siku, Wally dużo spał, ewidentnie się oszczędzał. W ciągu pierwszych dwóch dni, jeździliśmy do kliniki po zastrzyki przeciwbólowe, bo rana dokuczała mu, szczególnie wieczorem. Będąc w domu nosił wdzianko, ale nie interesował się raną jakoś nadmiernie. Po około tygodniu czuł się już tak dobrze, że zaczęła mu doskwierać domowa nuda – powoli wydłużaliśmy więc wyjścia na dwór, a w domu organizowaliśmy spokojne zabawy umysłowe. Jedyną sprawą, która nieco mnie niepokoiła, był fakt, że Wally przez ponad tydzień po operacji bardzo dużo pił, często sygnalizował potrzebę wyjścia na zewnątrz, a nawet zdarzało mu się nie utrzymać moczu w domu – szybko jednak wszystko wróciło do normy i problem już nie powrócił. Po 12 dniach od zabiegu pojechaliśmy na zdjęcie szwów i mogliśmy zapomnieć o całej sprawie.


REZULTATY

Dziś, miesiąc po zabiegu, jestem w stanie zaobserwować pierwsze zmiany w zachowaniu. Wally przestał tak natarczywie wwąchiwać się w każdy centymetr kwadratowy każdego trawnika, zniknęły ślinotoki i drżenie szczęki. Ostatnio, gdy odwiedziliśmy zaprzyjaźnioną ekipę Dobrego Psa, Wally zupełnie niewinnie i wesoło bawił się z Freyą, będącą w drugim dniu cieczki – w ogóle nie zainteresował się specyficznym zapachem, nie pojawił się też znany nam wcześniej nadmiar męskich emocji. Poza tym nic więcej nie uległo zmianie – nadal jest energicznym, wesołym psem, ciekawym świata, typem nieco histerycznym, takim, co najpierw działa, a potem dopiero myśli, co jednak uzasadniam wciąż jeszcze trwającym okresem młodzieńczej głupkowatości i nad czym staramy się mocno pracować – zresztą o naszych wspólnych zmaganiach jeszcze kiedyś na pewno Wam opowiem :) Możemy więc uspokoić wszystkich tych, którzy obawiają się istotnych zmian w osobowości czy spadku energii psa po kastracji – w naszym przypadku nic z tych rzeczy nie wystąpiło.

*


Kastracja to temat rzeka – długi i szeroki, wciąż wywołujący wiele emocji. Nie zamierzam w tym miejscu nikogo usilnie namawiać, jednak nasze doświadczenia związane z zabiegiem są bardzo pozytywne. Przykręcenie testosteronowego kurka, pomaga trochę Wally’emu w niełatwych poszukiwaniach kontaktu z rozumem, wśród zalewających go fal młodzieńczych emocji. I, co najważniejsze, możemy być pewni, że nie grożą mu już paskudne choroby, jakie niesie ze sobą wnętrostwo. A przecież to właśnie zdrowie naszych ukochanych sierściuchów jest najważniejsze, prawda? :) 




Copyright © 2016 Blog DOGłębny , Blogger