5/14/2018

BARF, CZYLI O TYM, JAK POKOCHAŁAM MIĘSO

BARF, CZYLI O TYM, JAK POKOCHAŁAM MIĘSO
fot. Marta Szarecka



Mijają właśnie trzy miesiące odkąd, wraz z Wallym, BARFujemy - pomyślałam więc, że to dobry moment, by podzielić się moimi wrażeniami i doświadczeniami. Temat żywienia psów jest coraz bardziej popularny, coraz więcej osób rozumie jak istotna jest to kwestia. Warto więc dołożyć do dyskusji swoją cegiełkę – kto wie, może pomoże ona komuś, kto przymierza się do zmiany sposobu odżywiania swojego psa? Zatem, gotowi? Zaczynamy!


CO TO WŁAŚCIWIE JEST TEN BARF?

BARF to skrót od angielskiego „Biologically Appropriate Raw Food”, czyli „Biologicznie Odpowiednie Surowe Jedzenie”. Podstawą tej diety jest założenie, że najzdrowszym dla każdego organizmu sposobem odżywiania, jest taki, do którego organizm tej został ewolucyjnie przystosowany przez Matkę Naturę. To chyba zresztą nie powinno nikogo dziwić – w końcu już od ładnych kilku lat panuje moda na świadome, zdrowe odżywianie, korzystanie z naturalnych produktów i rezygnację z wysoko przetworzonego jedzenia (np. słodyczy, słonych przekąsek, napojów gazowanych czy fastfoodów).  Co ciekawe, często, podczas gdy sami w naszym żywieniu staramy się wrócić do natury, zapominamy o tym, do czego ta sama natura przystosowała nasze psy. Pies bowiem jest… drapieżnikiem i mięsożercą. Wskazuje na to jego budowa anatomiczna (m.in. rodzaj i rozstaw zębów w szczęce czy specyficzna budowa żołądka), jak i szereg enzymów i procesów chemicznych, zachodzących w kolejnych etapach trawienia pokarmu, typowych właśnie dla mięsożerców. Oznacza to, że wszystkie najważniejsze składniki odżywcze, dostarczają psu produkty pochodzenia zwierzęcego – mięso, tłuszcz, kości, podroby. I to są właśnie główne elementy posiłków komponowanych zgodnie z założeniami diety BARF. Co więcej, elementy te, podajemy psu na surowo – bo psy doskonale radzą sobie z trawieniem surowych części zwierząt - w końcu to właśnie najbardziej naturalna forma pokarmu, prawda?


DLACZEGO NIE SUCHA KARMA?

Wally do niedawna karmiony był przede wszystkim wysokiej jakości, bezzbożową, suchą karmą. Jednak właściwie od początku miałam problem z namówieniem go do jedzenia. W ciągu 1,5 roku przerobiliśmy mnóstwo różnych smaków, różnych producentów, bezskutecznie szukając czegoś, co Młodemu posmakuje. Jedyną opcją było dosmaczanie chrupek odrobiną mokrej karmy z puszki – a nawet wtedy wielkiego entuzjazmu raczej nie było. Wally jest małym whippetem, drobnym z natury, a brak apetytu dodatkowo to podkreślał - kości mocno mu sterczały (nawet jak na charta! :) ), mięśnie nie chciały przyrastać. A dodatkowo załatwiał się nawet 5-6 razy dziennie, co było dla mnie zauważalnym dowodem na to, że większość pożywienia zamiast wchłaniać się i odżywiać organizm, po prostu przez niego „przelatuje”.


NAJTRUDNIEJ JEST ZACZĄĆ!

O BARFie słyszałam i czytałam właściwie odkąd Wally trafił do naszej rodziny. Bardzo przekonywała mnie koncepcja naturalnego żywienia, które komponujemy sami z różnorodnych mięs. Jednak miałam sporo obaw – czy będę potrafiła samodzielnie komponować posiłki bez szkody dla psiego zdrowia, skąd wezmę mięso dla psa, czy nie przerośnie mnie to finansowo i logistycznie? Czytałam więc książki, spędzałam godziny na BARFnych grupach facebookowych, uczyłam się coraz dłużej i coraz dłużej obserwowałam mojego psa, dla którego codzienne posiłki nie były żadną przyjemnością. I właściwie dobrze go rozumiałam – co to za frajda, dzień w dzień, jeść te same, suche chrupki? W końcu podjęłam decyzję – czas coś zmienić, czas się odważyć! I tak zaczęła się nasza mięsna przygoda :)

Rozpoczęliśmy więc spokojnie, od jednego gatunku surowego, chudego mięsa – w naszym przypadku była to pierś z kurczaka. Z czasem dodawałam kolejne elementy – podroby, kości. Następnie menu rozszerzało się o kolejne rodzaje mięs – wołowinę, indyka, kaczkę, gęś, wieprzowinę… Na końcu pojawiły się suplementy – ponieważ niektórych ważnych składników odżywczych nie jesteśmy w stanie zapewnić psu za pomocą kupowanego w sklepie mięsa, należy dostarczyć je poprzez naturalne suplementy – m.in. jajka, drożdże, algi, olej z łososia. Po około miesiącu dieta Wally’ego była już pełnowartościowa –otrzymywał odpowiednio wyliczoną (w stosunku do masy ciała) dawkę pokarmu, zawierającego, w odpowiednich proporcjach, mięso, kości i podroby oraz podstawowe suplementy – drożdże, olej z łososia, algi morskie oraz czystek. Szybko okazało się, że dawka jest zbyt mała – Wally zaczął bowiem chudnąć. Postanowiłam zwiększyć ją zatem o odrobinę gotowanych warzyw (marchew, pietruszka, seler, czasem burak), które dostaje w ramach kolacji. Ta nieduża dawka węglowodanów sprawiła, że Wally delikatnie się zaokrąglił, a dodatkowo zaspokoiła wieczorne napady głodu. I tak, metodą prób, błędów i obserwacji, udało nam się wypracować idealne proporcje.


NIE MA SIĘ CZEGO BAĆ!

Szybko okazało się, że nie taki ten BARF straszny :) A właściwie – że to całkiem prosta sprawa. Wymaga tylko odrobiny przygotowania i wiedzy. I naprawdę nie ma się czego bać – skoro jesteśmy w stanie żywić samych siebie i swoich najbliższych, na pewno poradzimy sobie również z psem. Najbardziej kluczowa jest OBSERWACJA – przede wszystkim odchodów, bo to one informują nas na bieżąco, czy układ pokarmowy działa bez zarzutu. Dodatkowo warto zwracać uwagę na masę ciała psa (czy jest prawidłowa, czy pies znacząco nie tyje lub nie chudnie) oraz, co bardzo ważne, REGULARNIE ROBIĆ PSU BADANIA. Dzięki temu możemy mieć pewność, że nie zaszkodzimy ukochanemu sierściuchowi, a jeśli rzeczywiście coś robimy nie tak – łatwo i szybko uda nam się to wychwycić i poprawić!

Dla mnie osobiście, nieocenione było też wsparcie ludzko-psich przyjaciół. Pozdrawiamy serdecznie Martę i Szoguna, którzy razem z nami rozpoczęli swoją przygodą z BARFem! Wymienialiśmy się codziennie obserwacjami, świętowaliśmy sukcesy, główkowaliśmy nad rozwiązaniami problemów i podrzucaliśmy sobie informacje o dobrze zaopatrzonych sklepach mięsnych. Nie od dziś wiadomo, że wsparcie innych motywuje najlepiej!


DLACZEGO POKOCHAŁAM BARF?

Po trzech miesiącach od zmiany diety, nie mam żadnych wątpliwości, że była to dla mojego psa najlepsza możliwa decyzja. Nagle, po codziennym smutnym wmuszaniu w siebie każdego posiłku, nie został nawet ślad. Teraz, gdy nadchodzi pora karmienia, Wally tańczy z radości przy lodówce. Widać, że jedzenie zaczęło sprawiać mu frajdę i nic dziwnego – codziennie czeka na niego coś innego, zawsze świeżego i pachnącego. Monotonne chrupanie suchych granulek, zamieniliśmy na żucie, rozrywanie, miażdżenie kości – posiłek jest więc jednocześnie wspaniałą zabawą i ogromną przyjemnością!

Z wątłego niejadka, Wally zmienił się w ładnie zbudowanego charta. Pięknie zaznaczyły się u niego mięśnie, sierść jest miękka i błyszcząca jak nigdy przedtem. Wygląda cudownie, czuje się świetnie, a ja mogę jedynie cieszyć się razem z nim! I oczywiście mieć pewność, że już za chwilę mięsną miłością zarazimy również Harry'ego :)

*

Z całego serca polecam wszystkim zainteresowanie się tematyką naturalnego żywienia Waszych psów. Skorzystają na tym przede wszystkim właśnie psiaki – podając im nieprzetworzony, naturalny pokarm, dajecie im szansę na długie, zdrowie i radosne życie. A przecież, jak wiadomo – przez żołądek do serca! :)

2/28/2018

WALLY - HISTORIA PRAWDZIWA

WALLY - HISTORIA PRAWDZIWA




Od kilku dni jestem „smarkata i pociągająca” – dopadło mnie paskudne przeziębienie. Siedząc pod kocem i popijając gorącą herbatę z cytryną, uznałam, że uraczę Was dziś lekką opowieścią o tym, jak doszło do tego, że w mojej rodzinie pojawił się ON – whippet, zwany Wallym.


Pamiętam, jak zobaczyłam whippety po raz pierwszy – a przynajmniej teraz, po latach myślę, że były to whippety. To było wieki temu, jako mała dziewczynka minęłam je kiedyś, spacerujące gdzieś w mojej okolicy. Zdecydowanie nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, żadnych romantycznych gromów z jasnego nieba – zwróciłam uwagę na to, że są straszliwie chude, łyse, mają podwinięte pod siebie ogony i wytrzeszczone oczy – dla mnie był to wtedy obraz nędzy i rozpaczy, psy wydały mi się przestraszone, zmarznięte i jakieś takie… szczurowate.

Jeśli w moim życiu pojawiał się jakiś pies, właściwie zawsze był to owczarek. Mój dziadek miał dwa owczarki kaukaskie – ogromnie, puchate niedźwiedzie, u wujka mieszkał piękny, długowłosy owczarek niemiecki, u cioci zaś owczarek niemiecki i owczarek szetlandzki. Właśnie ten ostatni robił zawsze na mnie największe wrażenie (chociaż przeszłam również „etap Szarika”, jak chyba każdy początkujący psiarz ;) ) – nieduży, delikatny i subtelny, z piękną, miękką sierścią, w którą tak miło było zanurzyć rękę. I tak w naszym domu, po wielu latach proszenia i przekonywania rodziców, pojawił się w końcu sheltie, Carmel – pies absolutnie wspaniały, mądry, zrównoważony, praktycznie bezproblemowy. Do dziś, patrząc na niego, myślę sobie, że mieliśmy ogromne szczęście – mimo naszej praktycznie zerowej wiedzy o behawiorze, Carmel wyrósł na świetnego psa. To moja pierwsza psia miłość, dziś patrząc na to, jak jego czarny pyszczek siwieje coraz mocniej, czuję zawsze ukłucie w serduszku.

młodziutki Carmelek <3


Wyprowadzka z domu rodzinnego, różne, wynajmowane mieszkania, studenckie życie – na kilka lat opcja posiadania własnego psa stała się nieosiągalna. Jednak zdarzały nam się z P. rozmowy o tym, jakiego psiaka chcielibyśmy mieć w przyszłości. Pomysłów padało wiele, ale koniec końców, ustaliliśmy kilka wspólnych, fizycznych kryteriów:

ŚREDNI ROZMIAR – zdecydowanie nie chcieliśmy mieć małego pieska. Duże psy są natomiast mało kompaktowe – wtedy nie mieliśmy jeszcze samochodu, myśleliśmy, że być może pies będzie jeździł z nami autobusem czy pociągiem i nie bardzo wyobrażaliśmy sobie w tej roli doga niemieckiego ;) Osobiście jestem mała i drobna – dlatego zawsze obawiałam się sytuacji, w której mój pies potrzebowałby pomocy, a ja nie byłabym w stanie np. podnieść go i znieść po schodach czy wsadzić do samochodu. Dlatego postawiliśmy na średniaka – 15kg wydało nam się wagą optymalną ;)

KRÓTKA SIERŚĆ – doświadczenie z szetlandem nauczyło mnie jednego: mimo, że długie, miękkie futerko jest piękne i milutkie w dotyku, konieczność regularnego czesania jest dla mnie zmorą. Carmelowi nie raz przytrafiły się kołtuny na uszami, czy totalnie zmierzwione portki – nie wiem, które z nas bardziej nie lubiło czesania, dlatego tę czynność wykonywałam zdecydowanie zbyt rzadko. Nie mówiąc już o tonach piasku i błota przynoszonych po spacerze – po tygodniowym pobycie Carmela w naszym niedużym mieszkaniu w Warszawie, mimo codziennego odkurzania, mieliśmy na podłodze małą Saharę. Uznaliśmy więc, że nasz własny pies będzie krótkowłosy.

WYDŁUŻONY PYSK – przy całej mojej sympatii do buldożków czy mopsów, codzienne życie z psem chrapiącym, charczącym i śliniącym się byłoby dla mnie nieznośne. Poza tym, tak zwyczajnie, po prostu, bardziej podobają mi się głowy z wydłużonym pyszczkiem. Rasy brachycefaliczne odpadły więc w przedbiegach.


A później spotkaliśmy whippeta. Pewna starsza pani, mieszkająca w sąsiedztwie, regularnie mijała nasz blok z chudym psem o łabędziej szyi i długich łapach, od którego biły subtelność i wdzięk. Któregoś dnia udało nam się ją zaczepić – przez godzinę opowiadała nam o chartach angielskich, które w jej domu mieszkały kolejno od kilkudziesięciu lat. Mówiła o ich wesołym, przyjaznym temperamencie, o zamiłowaniu do leniuchowania na miękkich poduszkach, o ogromnej potrzebie bycia blisko swojego człowieka. W moich oczach whippet przestał być zabiedzonym, wiecznie wystraszonym zmarzluchem – zaczęłam doceniać jego niespotykaną budowę, mocną klatkę piersiową, siłę dobrze zarysowanych mięśni sprintera, wrażliwość płynącą z oczu. I tak zaczęła się moja i P. obsesja – godziny rozmów, przekopywania Internetu w poszukiwaniu wszelkich informacji, przesyłanie sobie słodkich zdjęć whippetów i poszukiwanie ich wzrokiem podczas każdego spaceru.

Aż w końcu, po roku od tego pamiętnego spotkania, w odpowiedzi na wypowiedziane przeze mnie  po raz tysięczny zdanie „Ach, jak ja bym chciała mieć whippeta”, P. rzucił: „Na co czekamy? To jest dobry moment”. I pokazał mi ogłoszenie o właśnie urodzonym miocie w hodowli Malgranda Fasko. Kilka telefonów, spotkanie z hodowcą podczas wystawy, odwiedziny w hodowli i już wiedzieliśmy, że ten biały "Reksio", z pięcioma czarnymi łatkami, będzie naszym ukochanym, wymarzonym, pierwszym własnym psem.

Czyż on nie wygląda jak bajkowy Reksio?


I trafiliśmy świetnie. Wally to typowy kanapowiec, maminsynek i przytulas. Najszczęśliwszy jest, kiedy jesteśmy w komplecie, kiedy może być blisko nas, towarzyszy nam więc wszędzie, gdzie to tylko możliwe – czy to harce po bezkresnych łąkach, spotkania z przyjaciółmi, czy posiadówki w kawiarenkach – odwiedzał ze mną nawet mój Uniwersytet! Jest wesoły i kontaktowy. Ma mnóstwo energii, niestraszne mu długie górskie wyprawy, ale równie dobrze czuje się w domu (a najlepiej w ciepłym łóżku). Wbrew stereotypowi, który wiele razy słyszałam, uczy się chętnie i szybko, lubi współpracować – natomiast szybko też się nudzi, o czym zawsze muszę pamiętać. Jest wrażliwy, ale przez to bardzo wyraźnie pokazuje mi kiedy czuje się niepewnie i potrzebuje wsparcia. Wciąż odkrywa przede mną fascynujące aspekty swojej natury i psiego świata. Jest dla mnie dużym wyzwaniem, ale i dumą. I zachwyca swoją urodą – nie tylko nas, zwariowanych psich rodziców, ale i wiele osób z naszego otoczenia, dla których charty do niedawna były zupełną egzotyką.

*

Tak to właśnie było z nami – nasza szczęśliwa dwójeczka, zamieniła się w jeszcze szczęśliwszą, dobrze dopasowaną trójeczkę. A co będzie dalej? To się jeszcze okaże… ;)



moje kochane pieski - Wally i Carmel


Copyright © 2016 Blog DOGłębny , Blogger