2/28/2018

WALLY - HISTORIA PRAWDZIWA





Od kilku dni jestem „smarkata i pociągająca” – dopadło mnie paskudne przeziębienie. Siedząc pod kocem i popijając gorącą herbatę z cytryną, uznałam, że uraczę Was dziś lekką opowieścią o tym, jak doszło do tego, że w mojej rodzinie pojawił się ON – whippet, zwany Wallym.


Pamiętam, jak zobaczyłam whippety po raz pierwszy – a przynajmniej teraz, po latach myślę, że były to whippety. To było wieki temu, jako mała dziewczynka minęłam je kiedyś, spacerujące gdzieś w mojej okolicy. Zdecydowanie nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, żadnych romantycznych gromów z jasnego nieba – zwróciłam uwagę na to, że są straszliwie chude, łyse, mają podwinięte pod siebie ogony i wytrzeszczone oczy – dla mnie był to wtedy obraz nędzy i rozpaczy, psy wydały mi się przestraszone, zmarznięte i jakieś takie… szczurowate.

Jeśli w moim życiu pojawiał się jakiś pies, właściwie zawsze był to owczarek. Mój dziadek miał dwa owczarki kaukaskie – ogromnie, puchate niedźwiedzie, u wujka mieszkał piękny, długowłosy owczarek niemiecki, u cioci zaś owczarek niemiecki i owczarek szetlandzki. Właśnie ten ostatni robił zawsze na mnie największe wrażenie (chociaż przeszłam również „etap Szarika”, jak chyba każdy początkujący psiarz ;) ) – nieduży, delikatny i subtelny, z piękną, miękką sierścią, w którą tak miło było zanurzyć rękę. I tak w naszym domu, po wielu latach proszenia i przekonywania rodziców, pojawił się w końcu sheltie, Carmel – pies absolutnie wspaniały, mądry, zrównoważony, praktycznie bezproblemowy. Do dziś, patrząc na niego, myślę sobie, że mieliśmy ogromne szczęście – mimo naszej praktycznie zerowej wiedzy o behawiorze, Carmel wyrósł na świetnego psa. To moja pierwsza psia miłość, dziś patrząc na to, jak jego czarny pyszczek siwieje coraz mocniej, czuję zawsze ukłucie w serduszku.

młodziutki Carmelek <3


Wyprowadzka z domu rodzinnego, różne, wynajmowane mieszkania, studenckie życie – na kilka lat opcja posiadania własnego psa stała się nieosiągalna. Jednak zdarzały nam się z P. rozmowy o tym, jakiego psiaka chcielibyśmy mieć w przyszłości. Pomysłów padało wiele, ale koniec końców, ustaliliśmy kilka wspólnych, fizycznych kryteriów:

ŚREDNI ROZMIAR – zdecydowanie nie chcieliśmy mieć małego pieska. Duże psy są natomiast mało kompaktowe – wtedy nie mieliśmy jeszcze samochodu, myśleliśmy, że być może pies będzie jeździł z nami autobusem czy pociągiem i nie bardzo wyobrażaliśmy sobie w tej roli doga niemieckiego ;) Osobiście jestem mała i drobna – dlatego zawsze obawiałam się sytuacji, w której mój pies potrzebowałby pomocy, a ja nie byłabym w stanie np. podnieść go i znieść po schodach czy wsadzić do samochodu. Dlatego postawiliśmy na średniaka – 15kg wydało nam się wagą optymalną ;)

KRÓTKA SIERŚĆ – doświadczenie z szetlandem nauczyło mnie jednego: mimo, że długie, miękkie futerko jest piękne i milutkie w dotyku, konieczność regularnego czesania jest dla mnie zmorą. Carmelowi nie raz przytrafiły się kołtuny na uszami, czy totalnie zmierzwione portki – nie wiem, które z nas bardziej nie lubiło czesania, dlatego tę czynność wykonywałam zdecydowanie zbyt rzadko. Nie mówiąc już o tonach piasku i błota przynoszonych po spacerze – po tygodniowym pobycie Carmela w naszym niedużym mieszkaniu w Warszawie, mimo codziennego odkurzania, mieliśmy na podłodze małą Saharę. Uznaliśmy więc, że nasz własny pies będzie krótkowłosy.

WYDŁUŻONY PYSK – przy całej mojej sympatii do buldożków czy mopsów, codzienne życie z psem chrapiącym, charczącym i śliniącym się byłoby dla mnie nieznośne. Poza tym, tak zwyczajnie, po prostu, bardziej podobają mi się głowy z wydłużonym pyszczkiem. Rasy brachycefaliczne odpadły więc w przedbiegach.


A później spotkaliśmy whippeta. Pewna starsza pani, mieszkająca w sąsiedztwie, regularnie mijała nasz blok z chudym psem o łabędziej szyi i długich łapach, od którego biły subtelność i wdzięk. Któregoś dnia udało nam się ją zaczepić – przez godzinę opowiadała nam o chartach angielskich, które w jej domu mieszkały kolejno od kilkudziesięciu lat. Mówiła o ich wesołym, przyjaznym temperamencie, o zamiłowaniu do leniuchowania na miękkich poduszkach, o ogromnej potrzebie bycia blisko swojego człowieka. W moich oczach whippet przestał być zabiedzonym, wiecznie wystraszonym zmarzluchem – zaczęłam doceniać jego niespotykaną budowę, mocną klatkę piersiową, siłę dobrze zarysowanych mięśni sprintera, wrażliwość płynącą z oczu. I tak zaczęła się moja i P. obsesja – godziny rozmów, przekopywania Internetu w poszukiwaniu wszelkich informacji, przesyłanie sobie słodkich zdjęć whippetów i poszukiwanie ich wzrokiem podczas każdego spaceru.

Aż w końcu, po roku od tego pamiętnego spotkania, w odpowiedzi na wypowiedziane przeze mnie  po raz tysięczny zdanie „Ach, jak ja bym chciała mieć whippeta”, P. rzucił: „Na co czekamy? To jest dobry moment”. I pokazał mi ogłoszenie o właśnie urodzonym miocie w hodowli Malgranda Fasko. Kilka telefonów, spotkanie z hodowcą podczas wystawy, odwiedziny w hodowli i już wiedzieliśmy, że ten biały "Reksio", z pięcioma czarnymi łatkami, będzie naszym ukochanym, wymarzonym, pierwszym własnym psem.

Czyż on nie wygląda jak bajkowy Reksio?


I trafiliśmy świetnie. Wally to typowy kanapowiec, maminsynek i przytulas. Najszczęśliwszy jest, kiedy jesteśmy w komplecie, kiedy może być blisko nas, towarzyszy nam więc wszędzie, gdzie to tylko możliwe – czy to harce po bezkresnych łąkach, spotkania z przyjaciółmi, czy posiadówki w kawiarenkach – odwiedzał ze mną nawet mój Uniwersytet! Jest wesoły i kontaktowy. Ma mnóstwo energii, niestraszne mu długie górskie wyprawy, ale równie dobrze czuje się w domu (a najlepiej w ciepłym łóżku). Wbrew stereotypowi, który wiele razy słyszałam, uczy się chętnie i szybko, lubi współpracować – natomiast szybko też się nudzi, o czym zawsze muszę pamiętać. Jest wrażliwy, ale przez to bardzo wyraźnie pokazuje mi kiedy czuje się niepewnie i potrzebuje wsparcia. Wciąż odkrywa przede mną fascynujące aspekty swojej natury i psiego świata. Jest dla mnie dużym wyzwaniem, ale i dumą. I zachwyca swoją urodą – nie tylko nas, zwariowanych psich rodziców, ale i wiele osób z naszego otoczenia, dla których charty do niedawna były zupełną egzotyką.

*

Tak to właśnie było z nami – nasza szczęśliwa dwójeczka, zamieniła się w jeszcze szczęśliwszą, dobrze dopasowaną trójeczkę. A co będzie dalej? To się jeszcze okaże… ;)



moje kochane pieski - Wally i Carmel


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Blog DOGłębny , Blogger